PRZYGÓD SYNA CIĄG DALSZY

   Ponieważ na fan page Wampirzej i na mojej prywatnej ścianie rozgorzała dyskusja o tym, co wydarzyło się u Syna w szkole, muszę dokończyć temat i opisać, co też było dalej.
Poniosła mnie fala i za Waszą namową skontaktowałam się z wychowawczynią. Pani E. jest cudowną, spokojną osobą i pedagogiem z wieloletnim doświadczeniem i pewna byłam, że rozwiąże „problem”.
Po pierwsze – po rozmowie z chłopcami nie dowiedziała się nic więcej niż ja po rozmowie z Synem. Syn bronił chłopca, chłopak zaprzeczał jakoby miał w ręku karty Syna.
Po drugie – pani postanowiła porozmawiać z dziećmi na temat czyjejś własności, rzeczy znalezionych na terenie szkoły – rzeczy znalezione zostają na swoim miejscu lub trafiają do rąk pani woźnej, pani sekretarki lub nauczyciela.
W trakcie tych pogadanek z dziećmi, chłopak przyznał się, że wziął karty Wiktora, z których dwie trafiły do jego kolekcji a resztę zaniósł na świetlicę i zostawił na biurku. Pani wysłała chłopców do świetlicy po karty. Jednak diabeł ogonem nakrył i nikt nie może w świetlicy tych kart znaleźć.
Jak widać śledztwo zostało przeprowadzone profesjonalnie i wyjaśniono sytuację.
Przyznaję, że nie byłam do końca obiektywna bo bohaterem zajścia był mój Syn. Nie oskarżyłam chłopca. On się przyznał wczoraj Synowi, co dziś potwierdził wychowawczyni. 
Nie chodziło o to by zlinczować dziecko – przecież to sześciolatek! Chodziło o to, by wyjaśnić sprawę i uczulić dzieci (i rodziców) na to, że cudzego się nie tyka. Rozmawiajcie z dziećmi w domu. Zwłaszcza z takimi maluszkami. One nie wiedzą, że źle zrobiły. Ale jeśli rodzic i nauczyciel uświadomi, to dziecko nie ruszy. 
Dla mnie to było nowe doświadczenie. Wyciągnęłam wnioski. Syn i inne dzieci też. Mam nadzieję, że sytuacja się nie powtórzy.

SYN I CIEMNA STRONA ŻYCIA W SZKOLNEJ SPOŁECZNOŚCI…

   
   Wczoraj Syn przeszedł chrzest bojowy – pierwszy raz został okradziony. Niby pierdoła – bo to tylko karty piłkarskie ale liczy się fakt. 
Syn z żalem opowiedział mi całe zdarzenie: poszedł do toalety, nie było papieru więc zostawił karty w toalecie na murku i poszedł do pani woźnej. Gdy wrócił, kart już nie było. Powiedział, że wie kto to zrobił ale nie chciał „gościa” wydać. 
I co dalej z tym fantem? 
Żal w jego oczach, to żal w moim serduchu. 
Syn wydał tożsamość winnego dziś rano i uwierzcie, chętnie bym chłopakowi nagadała – ale w sumie to nie moja sprawa. Nie zginęła kurtka czy buty żeby robić aferę na pół szkoły. 
A Syn musi się uczyć, że o swoje walczyć trzeba.
Mówię więc do Syna: idź, pogadaj z nim, niech Ci odda chociaż część (bo przecież żaden nie pamięta, które były czyje – prócz jednej charakterystycznej, której nie miał nikt w szkole prócz Syna).
Syn mi na to, że nie będzie z nim gadał. Poza tym już rozmawiał i on powiedział, że nie odda. 
Mówię: idź do Pani, niech rozwiąże problem, weźmie was obu na rozmowę, tym bardziej że tamten się przyznał.
Syn: Nie, bo Pani nie lubi gdy bawimy się kartami.
Ja: Synu, to idź do dyrektorki – wymknęło się Matce (byłam przed kawą, co mnie usprawiedliwia).
Syn: Mamo! to tylko kilka kart. Kupisz mi nowe, prawda?
No prawda. Tylko żal, że tak wcześnie dzieci poznają te przykre strony życia.    

___________________

A oto, co było dalej. 

Interweniowałam. Rozmawiałam z Panią wychowawczynią. Pani rozmawiała z chłopakami ale wygląda na to, że moja poranna gadanina dała skutek i chłopaki się dogadali. Mimo to, wychowawczyni będzie rozmawiała z dziećmi na temat tego, że znalezione przedmioty mają zostać na swoim miejscu lub trafić do rąk pani woźnej, pani sekretarki lub jakiegokolwiek nauczyciela.

DOM WARIATÓW W WAMPIRZOWIE

Środa – dzień wariata.
Dzień bez obowiązków pozaszkolnych. Szybkie lekcje i głupawka. Córka powinna ćwiczyć czytanie ale od 17.00 Wampiry bawią się tak rewelacyjnie, że odpuszczam. Trochę luzu nie zaszkodzi.
A i ja oddycham. Ani razu nie było: Mamo, możemy włączyć bajkę, Mamo mogę pograć na komputerze… 
Jest tylko Meksyk w salonie. Wampiry zapragnęły na kolację makaron spaghetti bez sosu tylko z przyprawami i oliwą. Zrobiłam chętnie bo sama dziś miałam makaron na obiad. No i okazało się, że makaron może pełnić funkcję zabawki. Syn jest psem a Córka rzuca mu makaron na podłogę. Także tego… 
Kot chowa się gdzie może bo Wampiry mają parcie na zwierza. Ganiają go po domu a on już zdziera podłogę by się pod nią schować.
„Mamo nalejesz nam wodę do wanny – chcemy się kąpać”. 
Nalałam. Właśnie zamknęły się w łazience. 
Syn: I zrobimy sobie bazę w łazience.
Córka: a wanna będzie naszym statkiem kosmicznym.
Chyba muszę zostać kapitanem na tym statku bo czuję, że za chwilę pójdziemy na dno.

IPV CZY OPV – CZYLI CO Z TYM POLIO?

(zdjęcie pochodzi z http://www.money.pl/)
   Nie jestem antyszczepionkowa. 
Jestem za szczepieniami podstawowymi, zgodnymi z kalendarzem szczepień. 
Mam tylko jeden warunek – dziecko musi być zdrowe. 
Dla mnie dziecko jest chore nawet wtedy, gdy ma katar – również przy braku gorączki. Niestety wówczas również spada odporność dziecka, rozpoczyna się infekcja. U Wampirów, które dodatkowo są alergikami na grzyby, roztocza i pleśnie, ta odporność przy byle katarze spada momentalnie. 
Jednak zgodnie z teorią niektórych lekarzy i pań z SANEPIDu, katar czy kaszel, to nie jest choroba, która może spowodować powikłania poszczepienne. Może jestem przewrażliwiona – ale wolę dmuchać na zimne.
   Wampiry w roku, w którym miały być szczepione przeciw błonicy, ksztuścowi, tężcowi i polio, zachorowały na mononukleozę. Z automatu dostały odroczenie, z czego się ucieszyłam, ponieważ pod względem zachorowań poprzedni rok był dla nas fatalny. 
We wrześniu Wampirki poszły do szkoły w dobrej kondycji – bez katarów, kaszlu i temperatur. Postanowiłam więc je zaszczepić. Jakie było moje zdziwienie gdy usłyszałam, że brak jest szczepionek na błonicę, ksztuciec i tężec. Że mogę zaszczepić jedynie przeciw polio szczepionką doustną i czekać.
Pogrzebałam w internetach i dowiedziałam się, że są dwa rodzaje szczepionek przeciw Polio.

„Szczepionka IPV wg Salka w zastrzyku

Szczepionka IPV, zabita, niemowlęta dostają w zastrzyku. Jest ona całkowicie bezpieczna. Zgodnie z obowiązkowym kalendarzem szczepień, malec dostaje ją dwukrotnie w pierwszym roku życia: na przełomie 3. i 4. miesiąca życia (wraz z drugim szczepieniem, które odbywa się w przychodni) oraz w 5. miesiącu. Trzecią dawkę uzupełniającą szczepienie dziecko powinno otrzymać w 16.–18. miesiącu życia.
Szczepionka OPV wg Sabina doustna
Szczepionka żywa, OPV, jest podawana doustnie dzieciom w 6. roku życia (jest w płynie). Wirusy z żywej szczepionki OPV namnażają się w jelitach dziecka, i w ten sposób pobudzają jego organizm do wytwarzania przeciwciał odpornościowych. Przez to wirus jest w kupce starszaka nawet przez kilka tygodni. Jeśli w domu jest noworodek lub małe niemowlę nieszczepione przeciwko polio, to takie wirusy mogą być dla niego groźne (może rozwinąć się porażenna postać poliomyelitis). Dlatego lepiej unikać szczepienia przedszkolaka szczepionką OPV, gdy w jego otoczeniu jest niemowlę nieuodpornione przeciwko polio lub osoba nieszczepiona albo z poważnymi zaburzeniami odporności, np. w trakcie chemioterapii. Zaletą szczepionki OPV jest pełniejsza odporność. W planach jest wycofanie tej jedynej dawki szczepionki żywej OPV w 6. roku życia i zamiana jej na szczepionkę IPV, w zastrzyku, zabitą.” 
(żródło: http://www.poradnikzdrowie.pl/). 
Posiadając taką wiedzę, zadzwoniłam do przychodni i wypytałam o szczegóły. Pielęgniarka poinformowała mnie, że oczywiście jest możliwość zastąpienia szczepionki OPV szczepionką IPV ale muszę za to zapłacić. Niestety nikt nie pytał ani jej, ani doktora o możliwość zamiany szczepionki, więc ona nie wie ile to kosztuje. Internety mówią, że między 60 złotych a 80 złotych.
Kiedy powiedziałam pani, że tak na prawdę to dla mnie zdrowie dziecka nie ma ceny i mogę taką szczepionkę kupić, pani odpowiedziała, że jeśli tak, to może kupię skojarzoną 4 w 1 czyli polio, ksztusiec, błonica i tężec. Nooo ja na to, jak na lato. Boostrix polio kosztowała 109 złotych. Jedno wkłucie, jeden ból, jeden strach.
W gabinecie ucięłam sobie pogawędkę z panem doktorem, który powiedział, że OPV podawana jest tylko w Polsce i Albanii. Że były jakieś plany zmian ale gdzieś to utknęło. Najwidoczniej Ministerstwo Zdrowia ma pełne magazyny OPV i muszą je wykorzystać. 
Oczywiście zdania, co do skuteczności szczepionki IPV są podzielone. Jednak trzeba wiedzieć, że szczepionką OPV nie wolno szczepić dzieci, w których otoczeniu są noworodki, niemowlęta i osoby z obniżoną odpornością na przykład po lub w trakcie chemioterapii. Wirus żywy wydalany jest z kałem przez kilka tygodni i może być groźny.
Pediatrzy też są za wprowadzeniem szczepień IPV do przychodni. Kto zatem zarabia na szczepionkach OPV, którymi zawalone są przychodnie i Sanepid? Dlaczego nie informuje się nas o możliwości wyboru? Dlaczego musimy sami szukać rozwiązań?  
Przyznam, że jestem rozczarowana podejściem Ministerstwa do szczepień dzieci. 
I przestaję się dziwić tym, którzy krzyczą żeby nie szczepić wcale. Nie jestem specjalistą, nie czytam o składach szczepionek – jak chyba większość rodziców. Oczekujemy, że to pediatra, lekarz pierwszego kontaktu, będzie tą osobą, która uświadomi nam, co jest lepsze dla naszego dziecka.
A Ministerstwo Zdrowia i NFZ? Czy te instytucje nie powinny pozwolić rodzicom wybrać rodzaju szczepienia i choćby w części refundować zakup szczepionek płatnych? 
Brakuje w magazynie szczepionek przeciw ksztuścowi, tężcowi i błonicy – czy nie powinno być możliwości zakupu szczepionek ze zniżką w aptece? Lepiej jest czekać by dzieci, które muszą być szczepione, zachorowały na którąś z tych chorób…
No cóż – mogę jedynie powkurzać się cicho i mieć nadzieję, że ktoś przeczyta ten wpis i będzie bardziej uświadomiony niż ja do wczoraj.   

GDY WAMPIRZY TATA WYLATA NA KONIEC ŚWIATA…

   

   Przychodzą takie tygodnie, że Wampirzy Tata musi polecieć w siną dal – na koniec świata, jak to ma miejsce teraz. Podróże takie trwają kilka dni a nawet kilkanaście. Zostaję wtedy z Wampirami sama. 

Proszę Tatę żeby mówił mi wcześniej o takich wyjazdach – rzadko są takowe nieplanowane bo wiza, hotel, pozwolenia itp. Gdy padnie komunikat: „wyjeżdżam na kilka dni, wypierz mi, proszę, koszule”, uginają się pode mną kolana i zaczynam się psychicznie nastawiać na to, że nie będzie Taty, a ja mam cały dom na głowie.
Ktoś powie: „phiii, wiele kobiet musi ogarniać dwójkę dzieci pod nieobecność męża.” Zgoda, ale one – w większości – robią to stale i mają wypracowaną technikę działania.
Ja jestem przyzwyczajoną do wygody, matką i żoną.
Ja nie wożę dzieci do szkoły, ja ich rano nie pucuję i picuje – robi to Tata.
Ja tylko wstaję o 5.00 rano, szykuję ubranie, robię śniadania: w domu i do szkoły, pakuję tornistry, sprawdzam czy o czymś Wampiry nie zapomniały i na koniec odbieram je ze szkoły.
Jeśli więc dochodzi mi odwożenie Wampirów do szkoły, to ja jestem zdruzgotana.
Budzenie Wampirów o 5.45 to koszmar – normalnie wstają przed 7.00. Wiadomo, że może się to skończyć fochem totalnym Córki i zrzędliwością – aż po płacz – Syna. 
Poniedziałek to trudny dzień od samego rana. Wampiry mają lekcje od 8.00 do 15.05 a później o 17.00 basen. Wracamy o 19.00 z uczuciem, że walec po nas przejechał. Ja – bo rano w stresie, że muszę zdążyć na pociąg i zrypana jak koń po westernie bo muszę obrobić dwójkę dzieci po pływaniu, wliczając zawsze mokre włosy Córki (dziwne jest to, że ona jako jedna ma – mimo czepka na łepetynie – mokre włosy od nasady po końce).
Wracamy do domu o 19.00 a tam w tornistrach zadane lekcje, czytanki i wierszyki. Wampiry ze zmęczenia pełzają po podłodze a ja – matka kat – nakazuję odrabiać lekcje.
Rozdrażnienie i zmęczenie robi swoje. Wszystko kończy się jednym wielkim krzykiem i wygonieniem do wyra bez odrobionych do końca lekcji.
Wtorek – nieco lżej ale też wywalony ozór bo Syn ma lekcję muzyki o 16.30. 
Po zajęciach zasiadamy do lekcji. Mi wygodniej gdy Wampiry są w salonie i odrabiamy wspólnie. Ale to się cholera nie sprawdza. Córka, charakterek mamusi, jest zła na cały świat, że musi pisać literki. Odbija się to na Synu, bo ona robi mu na złość podbierając kredki z jego piórnika. On krzyczy na nią i tylko patrzeć jak jej kiedyś pacnie. On krzyczy – a ona jeszcze bardziej robi mu na złość. 
We mnie wrze… Mam ochotę zamknąć ich w osobnych pokojach ale wtedy ja będę latać od pokoju do pokoju na każde zawołanie „Mamooooo”.
Synu odrabia lekcje w mig. Córce idzie trochę gorzej. Dużo czasu potrzebujemy, oj dużo.
Czas kolacji. „Nie będę jadł kanapek” – to stały tekst Syna. O matko, dodaj mi cierpliwości. Rozbestwiłam kolacjami na ciepło to mam.
Wymyślam: naleśniki, placki z cukinii, parówki zapiekane, kiełbasa na ciepło… 
Jest 21.00. Ja padam na pysk one jutro muszą wstać przed 6.00. 
Pobudka. „Mamo ja chcę spać!”, „Nie będę jadł kanapek na śniadanie”, „Ja chcę żeby Tata już wrócił”…
Ja też chcę… Kochanie, wracaj – póki one jeszcze żyją.

Jutro czwartek. Dzień bez basenu, nauki gry i innych rzeczy.
Jutro pojadę na ważenie do dietetyka, odbiorę w empiku pierwszą powieść Bondy – jedyną, której nie mam. Na poczcie czeka na mnie poradnik 

Odbiorę Wampiry ze szkoły i spędzimy cudowne popołudnie. A w nocy wróci Tata, który na sobotę szykuje Matce – czyli mi – NIESPODZIANKĘ.
Zawsze gdy wraca dostaję prezent ;-).