SZKOLNE DYLEMATY MATKI PRZEDSZKOLAKÓW

   Od początku roku przedszkolnego oswajałam się z myślą, że muszę zapisać Wampiry do szkoły. Bicie się z myślami było tak bolesne, że aż głowa bolała. I nie chodzi tu o sam fakt, że kończy się ten cudowny czas słodkiego i miłego życia przedszkolaka ale o to, jaką szkołę wybrać. Wybrać tak by przedłużyć to słodkie i miłe życie dzieciorków. 
W gminie jest rejonizacja – taka, jak w mieście. Dzięki temu mam kilka szkół do wyboru. O zapisaniu Wampirów do szkoły w mieście przestałam myśleć gdy dzieci skończyły 3 lata. Oczywiście byłoby wygodne rzucić Wampiry do szkoły „przy dziadkach”. Ale po co obarczać Wampirzych dziadków codziennym obowiązkiem odbierania, karmienia i pilnowania młodych, które za chwilę przestaną być słodkimi bąblami, zaczną pyskować i zatruwać życie. Niech Wampirze dziadki żyją w przekonaniu, że Wampirzątka to słodziaki, które są grzeczne i bezproblemowe. Poza tym, jak wiadomo, obowiązek wychowawczy i opiekuńczy sprawują rodzice. Dziadkowie są od rozpieszczania i przytulania.
Przypomniałam sobie także lata, kiedy sama chodziłam do szkoły, i te dzieciaki z całego osiedla biegające po korytarzu czy boisku w czasie przerwy mnie przerażały (było coś takiego jak wyż demograficzny – trzydzieścioro pięcioro dzieci w klasie). Lubiłam w szkole ciszę lekcyjną gdy, jako dyżurna, miałam przywilej przynieść dziennik z pokoju nauczycielskiego czy zmoczyć gąbkę do wycierania tablicy. Szłam korytarzem nieśpiesznie marząc, że kiedyś będę dyrektorem w tej szkole i zrobię w tym burdlu porządek. Oczywiście miałam być nauczycielem. Tak tak – bycie nauczycielem było moim marzeniem – dopóki nie weszła reforma wprowadzająca podział na podstawówkę, gimnazjum i szkołę średnią. A tak poważnie, to chciałam uczyć historii i z takimi marzenia składałam papiery do liceum o profilu humanistycznym. Może gdyby mnie ktoś zatrzymał, to złożyłabym papiery do innego liceum i może uczyłabym dziś tej historii albo polskiego…
Ale nie o tym miało być.
Otóż, w wyborze szkoły dla Wampirów zasadnicze znaczenie miała logistyka. Wampiry bowiem są dziećmi porzucanym przez rodziców codziennie od 8.00 do 16.00, a gdy Wampirzy tata wyjeżdża, to od 6.30 do 16.00 – z tym, że Wampirza matka ledwie „zdanża”, wpadając wszędzie z wywieszonym ozorem i z potem na plecach. Więc zamiast orientować się w poziomie nauczania, jak niektóre mamy, szukałam szkoły ze świetnie zorganizowaną świetlicą, gdzie będzie przytulnie i miło. Niektórych to zdziwi, bo przecież nie to ważne, ale to jak szkoła przygotuje do dalszych etapów nauki. No niby tak – ale ja wychodzę z założenia, że jeśli moje dziecko jest jełopem, to żadna szkoła tego nie zmieni. Zmienić mogą tylko korepetycje i ciężka praca nauczycieli, rodziców i samego jełopa. A jeśli okaże się, że moje dzieci są wybitne – jak niektóre dzieci, niektórych moich znajomych, co to w wieku 2 lat już potrafiły liczyć, rachować, pisać i czytać – to od tego, by pogłębiać te zdolności, są kółka zainteresowań czy też inne zajęcia stworzone dla wybitnych. Zmieniły się czasy, gdy wiejskie szkoły miały niższy poziom. Baaa śmiem twierdzić, że takie myślenie, to chyba tylko wytwór w głowie osób, które takie szkoły kończyły i miały z jakiś powodów zaniżoną samoocenę. Zawsze podziwiałam koleżanki, które kończyły wiejskie podstawówki i zazdrościłam im tego, że uczyły się w liceum lepiej ode mnie (choć ja wybitna nigdy nie byłam).
Zaczęłam rekonesans od szkoły blisko domu. Szkoła piękna, duża, nowoczesna. Duża sala gimnastyczna, orlik, kółka tematyczne itp. Nawet to, że jest tam gimnazjum z podstawówką, nie ma znaczenia. Jedyną wadą tej szkoły jest świetlica. Świetlica, która działa do chwili odjazdu gimbusa. Wtedy życie w szkole zamiera więc i życie w świetlicy zamiera. Wampiry musiałyby spędzać czas sam na sam z nauczycielem, który (jestem tego prawie pewna), patrzyłby na zegarek i czekał na Wampirzych rodziców.
Udałam się do szkoły, którą mijam codziennie, i do której chodzą dzieci znajomych. Jedną negatywną opinią było to, że dzieci sporo a szkoła mała, drugą że nie ma sali gimnastycznej, tylko taka prowizorka na korytarzu.
Szkoła w pełni monitorowana. Drzwi pozamykane. Ale dostrzeżono mnie i w drzwiach przywitała mnie Pani Dyrektor. Gaduła – jak ja. Groźnie wyglądająca – to dobrze – bo przecież musi budzić respekt. Zostałam zaproszona do zwiedzania szkoły. 
Mówiłam wcześniej, że jestem przerażona wizją malutkich 110/116 cm Wampirów chodzących do szkoły z tornistrem większym od nich? Nie mówiłam? No to uwierzcie, że nagle te obawy zniknęły. Zobaczyłam małą szkołę, z małymi klasami, małymi ławeczkami z jeszcze mniejszymi krzesełkami. Nagle dotarło do mnie, że Wampiry nie będą przecież siedziały w dużych ławkach, na dużych krzesłach z dyndającymi bezwładnie nogami. Że są w stanie napisać kredą na małej tablicy zawieszonej na wysokości do nich dostosowanej. Że w klasie nie będzie trzydzieścioro pięcioro dzieci, a co najwyżej dwadzieścioro (przy dużej ilości przyjętych uczniów). Co mnie zdumiało i powaliło na łopatki, to to, że Pani Dyrektor zna imiona nawet najmłodszych uczniów. 
Nagle mój cały strach poszedł precz. Zakochałam się w tej szkole. W świetlicy, w której zajęcia prowadzą wychowawcy, dostosowując zabawy do wieku uczniów. Zakochałam się w tych nauczycielach, którzy wyszli z dziećmi na przerwę z klas i uśmiechali się jakby nie byli w pracy ale w fajnym miejscu. Być może to na widok Pani Dyrektor. Ale ja poczułam, że to jest właściwe miejsce dla Wampirów. Miejsce gdzie dzieci nie są anonimowe, szkoła jest dla rodziców i dzieci, gdzie wychodzi się na przeciw problemom, obserwuje się zachowanie i zmiany zachowania dzieci „bo musi pani wiedzieć, że już siedmiolatki chorują na depresję” (słowa Pani Dyrektor). Intuicja rzadko płata mi figle. Poczułam w tym miejscu dobrą energię.  
   Jest jeszcze jedna rzecz – to szkoła integracyjna… No właśnie… Dla niektórych to problem. Strach. Dla mnie coś, czego szukałam. Rodzice mówią mi: dzieci z autyzmem będą opóźniać pracę dzieci „normalnych”, dzieci z ADHD będą zwracały na siebie uwagę, będą aktywne i głośne. Pytam: jaki w tym problem? I odpowiadam: tak, chcę żeby Wampiry oswajały się z tym, że nie każdy jest taki sam. Że są ludzie na wózkach, ludzie do których trzeba dotrzeć, których uwagę należy skupić by zostali zrozumiani. Chcę uwrażliwić Wampiry na innych ludzi – ale nie w taki sposób by współczuły – ale by nauczyły się pomagać. By wyrobiły w sobie odruch pomocy, empatię, szacunek do drugiego człowieka. Duża w tym nasza rola – jako rodziców – teoretyków. Szkoła ma pokazać to w praktyce.
Sceptycy mówią: pogadamy za rok. Ja jestem jednak przekonana, że ten wybór wyjdzie Wampirom na dobre.
   W tej chwili, ważne dla mnie jest to, że przestałam się bać i mój strach nie udzieli się Wampirom. Ważne jest to, że mogę zająć głowę innymi problemami. Na przykład, co zrobić z Wampirami w wakacje… Zakopywanie w ogródku już nie wchodzi w grę. I tak się odkopią.  

Jedna odpowiedź do “SZKOLNE DYLEMATY MATKI PRZEDSZKOLAKÓW”

  1. Świetny post. Ja też z obawą w tym roku poszukiwałam szkoły dla mojej starszej pociechy. A że syn jest nadwrażliwy i emocjonalnie rozchwiany haha płaczek znaczy się to szkoła musiała być dla niego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *