UWAGA PMS!

   Od wczorajszego wieczoru staram się nie zrobić
krzywdy sobie i innym. Chodzę „jak potłuczona”, obijając się  o ściany, potykając o kota, który ledwo daje
radę zwiewać spod nóg tym bardziej, że lubi te nogi. Wampirze dzieci chowają
się przede mną żeby nie ogłuchnąć od wrzasku wampirzej matki a tata Wampir
delikatnie daje do zrozumienia, że przeginam (swoją drogą ciągle mam nadzieję,
że ta delikatność trwać będzie zawsze i cierpliwość anielska jego nigdy się nie
skończy).

   Przeszkadza mi wszystko, co znajduje się na mojej
drodze – zabawki przede wszystkim, ale też szklanki, szklaneczki, butelki,
talerzyki, które stoją zawsze nie w tym miejscu, w którym stać powinny. O
okruchach  po „Grzesiach” nie wspomnę a
klejące siedzisko kanapy od równie klejących łapek wampirzej córki ubrudzonych
owocami pominę milczeniem.
   Przeszkadza mi sterta prasowania w garderobie (która
tak naprawdę normalnie mi nie przeszkadza), chlapiący wodą po całej kuchni kot,
ściereczka źle odwieszona lub nie powieszona w ogóle. Tak naprawdę przeszkadza
mi nawet moja osoba, którą najchętniej zamknęłabym w miejscu odosobnienia.
Patrząc w lustro rano widzę potwora – oczy i twarz zapuchnięte jakbym piła do
tegoż  lustra tydzień, z przerwą na
posiłki, brzuch wielki jakbym balon połknęła. Ręce się trzęsą i nerwa telepie w
środku bez powodu. Czuję się stara i nieatrakcyjna. Zdecydowanie nie powinnam w
tym czasie wychodzić z domu. Powinnam być izolowana, z tym że izolatka powinna
mieć duże łóżko, przy łóżku duuuużo słodyczy i innych pysznych rzeczy –
krewetki, sushi (bo to dni kiedy zjadłabym konia z kopytami). No i obowiązkowo
dzban czerwonego wytrawnego wina – jeden na dobę. To wszystko dla dobra ludzi,
którzy mnie otaczają.
Taki stan trwa około 4-5 dni. Nienajgorzej by było
gdybym mogła się oddzielić w tym czasie od świata… Choć później przychodzą
kolejne dni, kiedy boli brzuch, piersi i płakać się chce na reklamach z małymi
dziećmi i zwierzaczkami… To daje jakieś 10 do 15 dni wolnego w domu, w wygodnym
wyrku z żarciem pod nosem…

Pomarzyłam sobie… Czas wracać do
rzeczywistości.