ŻYCIE WEDŁUG SERIALI…

   
 Moje ulubione powiedzenie „rzucane” w trakcie
oglądania seriali? – „Idź – rzuć się z mostu”.
O teraz zdziwienie prawda? Jak można oglądać
seriale? Ano można – od czasu do czasu. I nie wierzę tym, którzy mówią, że nie
oglądają. Nie mówię tu o oglądaniu maniakalnym czyli od 16.00 do 23.00
wszystkich jak leci. Ja mówię o zerkaniu w wolnym czasie. Myślę, że z serialami
jest tak, jak z muzyką disco polo. Nikt ich nie ogląda, ale każdy zna ich
bohaterów.
Otóż ja oglądam – no dobrze zerkam. No dobrze –
mam dwa ulubione, które oglądam regularnie, na szczęście emitowane są raz w
tygodniu. Mówię tu o pięknym szpitalu w Toruniu i o korytarzach sądu pełnym
tog.
Są jednak takie dni, kiedy mam ochotę położyć
dupę na kanapie, chwycić kieliszek wina i suchą kiełbasę – i nie myśleć. Tata
Wampir kładzie wtedy młode spać a ja leżę. To są takie dni, kiedy nie chce się
książki wziąć do ręki bo nawet tomik wierszy waży dwie tony.
Biorę pilota (bo kto ma pilota, ten ma władzę) i
włączam TVN. A tam Wspólna. To jeden z tych seriali, w których odnajduje się
widz, nie widząc dwustu odcinków. Ci sami bohaterowie od lat. No i mój ulubiony
– życiowa pierdoła Igor, grany przez Kubę Wesołowskiego, który działa mi na
system nerwowy- i Igor, i Kuba. Masakra.
Jemu regularnie każę się topić się w Wiśle.
Zdradza, płodzi, wyjeżdża, wraca po pół roku będąc w pretensjach, że matka jego
dziecka znalazła sobie partnera, zamiast czekać na niego z otwartymi rękoma –
po tym jak on ją zdradził, że jego córkę wychowuję obcy facet itp. Grę aktorów pozostawię
bez komentarza.
Kolejna rewelacyjna komedia – M jak miłość
(TVP2). Noooo, tam to idiotów nie brakuje. I ta wspaniała gra aktorska. Czasem
mam wrażenie, że amatorzy są bardziej wiarygodni niż „rasowi” aktorzy. Może
amatorom bardziej zależy.
Moim ulubieńcem jest Paweł lub Piotr – nigdy nie
wiem, który jest który  ale chodzi o
tego, co to z Muchą – nie Ministrą – kombinował.
Otóż ten jest równie skrzywdzony przez życie, jak wspomniany wyżej Igor. Kobiety go kochają ale on ich nie kocha, a jak
pokocha to one odchodzą i okazują się wrednymi sukami. Ale ta Mucha – znaczy Madzia
– jak Penelopa czeka na niego za każdym razem. No masakra.
Ale do czego zmierzam. Jak tak sobie popatrzę
na te gnioty, to czuję się lepiej, bo moje życie jest takie nudne, a wkoło tacy
normalni ludzie.
To pewnie dlatego, że nasze scenariusze pisze
życie, a nie jakiś scenarzysta – dla kasy.
Czasem mam wrażenie, że niektórzy napatrzą się
na te seriale i przenoszą fikcję do swojego życia. Bo palantów nie brakuje.
Ludzie lubią komplikować sobie życie. Zdrady, rozwody, nieślubne dzieci – wątki
iście serialowe. Albo włażą z butami do życia innych.
A nie lepiej przyjść do domu, iść na spacer, poczytać
książkę albo klapnąć na podłodze z dziećmi i układać puzzle? Cieszyć się z
tego, co się ma?
P.s. z tymi książkami to też ostrożnie, bo
jeszcze przyjdzie Wam do głowy spróbować rytualnych mordów, romansów czy czegoś
innego – zależy oczywiście, co czytacie ;-). Praktyk seksualnych według Greya
nie polecam :-/

PO CO PISZE SIĘ BLOGA…

Tata
Wampir przeczytał ostatni wpis i wydał opinie – „Ja się tam nie znam na blogach
ale wydawało mi się, że blog powinien być dowcipny. A ten ostatni wpis jest
smutny i nostalgiczny”. Odpowiedziałam, że wpisy na blogu są odzwierciedleniem
nastroju autora i jeśli mam taki nostalgiczny nastrój, to i wpis taki jest. Ale
dało mi to do myślenia. Bo może faktycznie powinno być tylko dowcipnie. Ale co,
jeśli nie mam odpowiedniej WENY?
Wczoraj
na FB, wśród wąskiego grona znajomych toczyła się dyskusja o blogach i ich
twórcach. Jestem „młodą” blogerką, są wśród moich znajomych „starzy wyżeracze”
i oni mieli najwięcej do powiedzenia w tym temacie. Nie – blogerka zadała kilka
pytań, na które spróbuje sama sobie odpowiedzieć i jeśli macie chwilkę czasu i
odrobinę ochoty zapraszam do czytania.
Po co / w jakim celu pisze sie bloga?
Czy: 
jest sie ekshibicjonistą – myślę, że
trzeba nim być by mieć śmiałość pokazać ludziom swoje myśli i odczucia;
– myśli się, że sie ma do powiedzenia/pokazania coś/czegoś,
czego inni nie wiedzą?

raczej nigdy nie podchodziłam do pisania bloga (nawet planując jego założenie)
w taki sposób. Ten blog nie jest tematyczny więc, jaką ja mogę wiedzę dać
innym;
– myśli się (ma się nadzieje), że się wzbogaci życie innych? – myślę i owszem
ale raczej nie o tym żeby kogoś wzbogacać. Bo cóż ja mam za doświadczenia
życiowe phi;
– ma się w
dupie, co inni myślą/powiedzą, ale się chce pisać/pokazywać efekty własnej weny
w rożnych dziedzinach?
– hmmm… nie do końca ma się w dupie jeśli się
publikuje. Gdyby mi nie zależało na czytelnikach i ich opinii, to nie
pokazałabym światu tego, co piszę i myślę;
– teoretycznie
jest to jakby pamiętnik, ale czemu publicznie?
– teoretycznie jest
to pamiętnik myśli ekshibicjonisty – dlatego publikuje ;-);
– ma się nadzieję,
że się uda załapać jakąś możliwość i może pomoże to we własnej promocji i wyjdą
z tego jakieś ciekawe kontakty/zarobki?
– nooo fajnie by było
zarobić na własnej twórczości bez szarpania się z wydawnictwami itp. – ale blog
to chyba jednak nie jest dobre źródło zarobkowania – jeśli ktoś wie, że jest
inaczej proszę o kontakt;
– czuje sie
w sobie potencjał, ale brak komercyjnego wentyla powoduje, ze się człowiek tak
właśnie spełnia?
– no ba – potencjał to ja mam, teraz to ja muszę
tylko czas na to znaleźć;
– czy jeśli
ludzie mówią, że jest świetnie i że lubią, to się im wierzy? Czy się zamierza
krytykę traktować konstruktywnie, czy też i tak się robi swoje, a jak sie komuś
nie podoba to niech nie wchodzi na stronę bloga? –
krytykę znoszę dzielnie
ale krytykę, która dotyczy stylu, ortografii, gramatyki. Krytyki moich myśli
nie toleruję. Bo to moje myśli, moje słowa i moje życie. Za taką krytykę będę
zagryzać, bo to zwyczajne czepianie się i prowokacja do awantury a moje nerwy i
cierpliwość są kruche zwłaszcza gdy nadchodzi PMS – co niektórzy się o tym
przekonali;
– jak się
traktuje komentatorów, którzy krytykują nieprzyjemnie, wrogo?
no
niech zaczną – to zobaczą ;-).
Reasumując – piszę bo lubię, myśli przestały
już mieścić się w głowie więc gdzieś trzeba było je umieścić. Jeśli ktoś chce,
to czyta. Jeśli nie, to trudno. Jeśli komuś się podoba – to moje serducho się
raduje. Dostaję wtedy pozytywnego kopa i energię, zachętę by pisać więcej.

To tyle w temacie. 

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI…

          Wampirza matka się starzeje. Ciągnie ją na stare śmieci. Chce pokazać młodym jak i gdzie spędzała wakacje i ferie. Chce żeby młode poznały rodzinę i były dumne, że mają dwie prababcie. Wampirza matka coraz częściej zaczyna dostrzegać, że ludzie się starzeją, chorują i odchodzą bez pożegnania.
Próbuje w pamięci odtwarzać sceny z życia, gdy sama była dzieckiem. Patrzy na młode i zastanawia się ile one zapamiętają ze swojego dzieciństwa. I chce im tak dużo pokazać. Chce by poznały tę rodzinę, której nie znają bo z rożnych względów więzi się rozluźniły, szuka kontaktu z tymi, których w dzieciństwie kochała. Z różnym skutkiem. Są bowiem osoby, które takiego kontaktu nie potrzebują.
Może wampirza matka jest inna, bo nie lubi pamiętać o złym, które się wydarzyło, chce pamiętać tylko to, co dobre i fajne.
Wampirza matka tęskni za ludźmi, z którymi los ją połączył poprzez więzy rodzinne, lub nawet przypadkowe spotkania.
Wspomina nawet smak potraw, które gotowały babcie. Bo nikt nie potrafi zrobić takiego bigosu i takich mielonych, jak babcia Zosia i ugotować takich klusek na parze z sosem z wołowinki, jak robiła to babcia Krysia.
Wampirkom nie smakowałaby zapewne pajda chleba nasączona wodą i posypana cukrem, albo w wersji na bogato – ze śmietaną i cukrem. Teraz jest nutella i tosty. 
I pewnie z powodu tych tęsknot wampirza matka poprosiła tatę Wampirów o podróż do przeszłości, do wspomnień, do babci.
   Babcia nic nie wiedziała. Angażując rodzinę, pocztą pantoflową Wampiry dowiedziały się, że babcia jest w domu.
Dzieciaki poznały historię rodziny w samochodzie. Lubią ten temat. Pytają kto jest kim. Jak to było gdy babcia była mała . Cieszy to stare Wampiry ogromnie, bo może dzieci nie wyrosną na totalnych ignorantów, którzy nie bedą znali genealogii własnej rodziny conajmniej do czwartego pokolenia. 
   Radość babci widzącej małe łobuzy – bezcenne. A dla wampirzej mamy bezcenne były wspomnienia wakacji i ferii. Stanie na balkonie, na którym latem bawiła sie w dom jako dzieciak i czytała książki jako nastolatka – wzruszyło. Krótka chwila w sypialni, która była jej pokojem gdy studiowała w Łodzi, wspomnienie dziadka, który zawsze trzymał jej stronę (gdy na studiach nie wyszło powiedział „po co Ci te studia!? I tak mając nawet tytuł profesora skończysz w kuchni”) przytulał i pokazywał świat (do dziś wykorzystuję jego wiedzę będąc pod namiotem, jak wykopać i zrobić lodowkę w ziemi, jak zbudować mini latrynę), a którego nie ma od kilkunastu lat – wywołało łzy. 
   Tak, Wampirza matka się starzeje.

UZALEŻNIENIA cz. 1

     

     
Wampirza
matka ma skłonności do uzależnień. Sama uważa, że są one niegroźne ale jednak
bez pewnych rzeczy i osób żyć nie potrafi.

To,
że jest uzależniona (emocjonalnie) od rodziny i po weekendzie bez Wampirów i z
radości, że je widzi spiłaby im krew – to oczywiste.
To,
że uzależniona jest (niematerialne rzecz jasna 😉 ) od taty Wampira – to też
oczywiste.
To,
że nie umie żyć bez swojego ogrodu, śpiewu ptaków i mruczenia kota – też chyba
nie wymaga wyjaśnień.
Ale
są używki, bez których Wampirza matka żyć nie umie i chyba nie bardzo chce.
Otóż
ostatnio (jeszcze nie codziennie) wpadam do BP na latte z rogalem.
Nigdy
tego nie robiłam. Koło BP przechodzę dwa razy dziennie, pięć razy w tygodniu
już od kilku lat i nigdy tam nie wchodziłam. Głupio mi było – przecież nie
tankuję paliwa, to po co będę włazić na kawę?!
Ale
któregoś razu głosy powiedziały – „idź, kup, nie było małej białej o 6.00 w
domu – IDŹ!”. I weszłam. Przywitał mnie piękny, promienny  uśmiech pani za ladą. Zamówiłam latte na
wynos a pani rzekła – „a może rogalik na ciepło? – w zestawie dziewięć
dziewięćdziesiąt” – i patrzy tymi niebieskimi ślepiami w moje brązowe gały. I
co? Ja pozbawiona asertywności nie odmówiłam. I to był mój błąd. Od tego czasu
przechodząc koło BP słyszę głosy. I wtedy albo śpiewam żeby je zagłuszyć
(czując na sobie pytający wzrok tankujących) albo wchodzę do Wild Bean Cafe i
ulegam pokusie.
Dziś
tak się właśnie stało – uległam.
Odwyk?

O
innych uzależnieniach w następnych odsłonach.

ZWYKŁY PORANEK

   
   

Słońce wdziera się bezczelnie przez okno sypialni dając znać, że już wstało, i że już czas… Przecież wiem, że już czas!! Budzik bezlitośnie wyrwał mnie ze snu 15 minut temu.

Normalnie wstałabym machinalnie (na „śpiku”), polazła do kuchni, wstawiła wodę na „małą białą” i w tym czasie budząc się, gapiłabym się na pole, nad którym unosi się poranna mgła (mmmm bajkowo – ten widok chyba nigdy mi się nie znudzi – uroki jesieni).
   Ale dziś nie jest normalnie.
Normalnie nie chce mi się dziś wypełzać z łóżka. Kot na głowie mruczy a wampirzy tata obejmuje mnie tak mocno, że nie sposób wydostać się z jego ramion. I to jego – „nie idź jeszcze…”.
No kurde chętnie – ale cholerny pociąg nie poczeka. Ale leżę i wtulam się mocniej, zerkając na zegarek – 6.00!! Za pół godziny powinnam być w aucie! Sprint!!
Łazienka – zęby, luk w lustro – masakra – wiadomo PMS – cokolwiek bym rzuciła na twarz będzie fatalnie.
Garderoba – w co się dziś kurka ubrać?! Panika. Zimno-ciepło, gorąco czyli na cebulkę – nie znoszę takich kombinacji. I te cholerne rajstopy, które gryzą masakrycznie…
Kuchnia – kawa – szybka – tak szybka, że nie czuję smaku (byle do przodu!).
Sypialnia – buziaki Wampirom, które zajęły moje miejsce w wyrze, choć są bliżej taty niż ja przed chwilą bo siedzą mu na głowie. Buziak tacie – paaaaaa.
Zdążyłam ufff. Wpadam na peron – „uwaga, pociąg Regio z Kutna do Torunia opóźniony o około 20 minut. Serdecznie przepraszamy i jednocześnie informujemy, że opóźnienie może ulec zmianie”.
Niech to szlag. Mogłam jeszcze poleżeć.
   Gdyby nie środek tygodnia dalej rozkoszowałabym się chwilą w objęciach Starego Wampira.
Dlaczego dziś nie jest sobota…