MATKA SIĘ KAJA…

   Tak, tak, wiem – jestem niesystematyczna, zaniedbuje bloga, należą mi się cięgi. 
   Prawda jest taka, że wpisy powstają w domu albo w pociągu – na papierze. Czasem na maluśki karteczkach, czasem w zeszycie szkolnym. Staram się przepisać i nanieść poprawki w pracy. Ale w pracy jak wiadomo, czasem szef przeszkadza, ludzie się kręcą – nie da się żyć. Jakby nie rozumieli, że matka wpisu dokonać chce i powinna. 
   W domu nie bardzo matka może dokonywać wpisów gdyż:
po pierwsze primo – Wampiry okupują. I słusznie, bo w końcu to moje dzieci, które matki nie widzą cały dzień. Naturalną rzeczą jest więc, że trzeba ten czas odrobić. Jak wiadomo, gdy ma się dzieci, to w zakres obowiązków wchodzi robienie kolacji, sprzątanie, pranie i czasem prasowanie. Jak informowałam wcześniej – gotowanie obiadów nie wchodzi w zakres jazdy obowiązkowej;
po drugie primo – matka nie ma stałego łącza w domu, jedynie w telefonie. Pisanie na blogu uniemożliwia mały ekran smartfona, bo matka ma duże paluchy, którymi ciężko pisać, smartfon się wiesza itp. Czasem tata Wampirów pozwala na swoim tablecie coś popisać. Nie znoszę jednak tej dotykowej klawiatury i tego wstawiania innych słów niż te, które mam na myśli. Nie znoszę tego ustrojstwa. Wolę tradycyjną klawiaturę – choćby tą w moim prehistorycznym laptopie (ma jakieś 9 lat, ekran mu skacze, pracuje głośno jak maszyna w fabryce – ale i tak go kocham, bo nie mam chyba wyjścia, gdyż nowy kosztuje tyle, co nasz nowo zakupiony do salonu stół). Rozmowy z tatą Wampirów o internecie na wsi, toczą się mniej więcej od 5 lat – stary Wampir jest nieugięty. 
Jest jednak pewne wyjście – znalazłam w domu stary ruter – taki do laptopów. Postanowiłam kupić starter Plusa LTE – 1 giba za 15 złotych. Polazłam wczoraj do tego Plusa a tam kolejka do drzwi. Mój ograniczony czas nie pozwolił żebym utknęła w tym kolejkowym korku. Nie kupiłam, pomysł został. Dziś pójdę i kupię. Żebym mogła na bieżąco umieszczać wpisy, które mi do głowy przyjdą. A przychodzą, oj przychodzą. Najlepsze o 22.30 gdy już zasypiam. Układam w głowie zdania z nadzieją, że je zapamiętam i rano przeleję na papier. Moje układanie zdań kończy się mniej więcej przy trzecim… i zasypiam. To jest jak liczenie baranów. A zasypiać muszę szybko i spać jeszcze szybciej, bo nigdy nie wiadomo, co noc przyniesie.
Dziś przyniosła o 1.19 córkę, która obudziła mnie skutecznie jednym tekstem: „mamusiu, niedobrze mi”. Matka na równe nogi, miska przy wyrze, ciepła woda i do rana czuwanie. Na szczęście skończyło się na strachu. Ale kombinujemy, co też Wampirze dziecko, które jest uczulone na pokarm różnego pochodzenia, zjeść mogło. Bo prócz tego, że brzusio bolał, to jeszcze ma wypieki na polikach jakby jaki rumień miała. Wzięta na przesłuchanie, postawiona pod ścianą, wyparła się wszystkiego czego nie wolno jej jeść. Idzie zatem na odwyk pokarmowy. Czeka ją suchy chleb i woda ;-).
Dobrego dnia.  
     

ECH TE DZIECI…

   Jeśli ktoś myśli, że życie czterolatka w przedszkolu jest proste i bezstresowe, to się myli. Dzieci bowiem, prócz obowiązków w przedszkolu, mają zadawane prace domowe. To znaczy, dzieci są ambitne i same proszą o takie zadanie do domu. Z pewnością po to tylko, żeby rodzice mieli co robić po przyjściu z pracy, i na etapie przedszkola przyzwyczaili się do tego, że przez kolejnych 15 lat będą z dziećmi odrabiać lekcje. Dziś są to szlaczki, jutro będą całki, a pojutrze macierze. Ja po jednym semestrze takiej matematyki zrezygnowałam ze studiów na Polibudzie. Ale przecież z dzieci nie zrezygnuję. Jest jednak szansa, że dzieci patrząc na znerwicowaną matkę, poproszą ją żeby sobie odpuściła, i że one same dadzą radę. A co jeśli nie dadzą? 
   Patrząc na nasze Wampiry widzę, które z nich teoretycznie, z matematyką problemów mieć nie będzie, a które może nie wiedzieć jak ją ugryźć. 
Dwoje dzieci, dwa różne charaktery, dwa różne talenty – a przecież bliźnięta. 
To niesamowite, jak bardzo się różnią. Wiktor uwielbia liczyć, dodawać, odejmować, starannie rysuje szlaczki. Maja – szałaput. Byle szybko, byle było – chyba, że trzeba malować. Wtedy jest super skupiona. 
Oglądałam dziś prace „starszaków” w przedszkolu i porównywałam. Zaskoczyło mnie to, że Maja maluje cienie i odcienie przedmiotów. Nie zamalowuje jednym kolorem ale w odpowiednich miejscach zaznacza cień, załamanie światła. Dużo zapamiętuje z czytanych bajek. Powtarza historie albo dodaje swoje fantazje i tworzy zupełnie nowe treści.
Za to liczenie nie idzie jej najlepiej. W tym genialny (dla nas) jest Wiktor, który na palcach i przedmiotach dodaje, odejmuje i liczy do piętnastu. Jest perfekcjonistą. Jeśli już się za coś zabierze, to robi to idealnie, choć powoli. Jest bardzo dokładny. Ale denerwuje się gdy coś idzie nie tak. Nie zniechęca się jednak, co różni go od Mai. Maja traci cierpliwość gdy coś jej nie idzie. Maja szybko się poddaje, i nie wierzy we własne siły i umiejętności. 
Czy takie młode Wampiry mogą się jeszcze zmienić? Czy to kwestia wychowania, czy charakteru?
Patrzymy na te przedszkolaki i widzimy nasze klony. Niesamowite, jak bardzo dzieci podobne są do rodziców. A jak bardzo upodobniają się obserwując.
Maja regularnie strofuje Wika. Widzę wtedy siebie, swoje odbicie – taka mini Agata. A Wiktor wiecznie potykający się o własne nogi? Hmmmm…. Pewnie ma to po dziadku.
Patrzę na te nasze Wampiry i nic poza nimi nie widzę. Od czterech lat są sensem naszego życia. 
Miało być dowcipnie… Wyszło jak zwykle :-).

WRACA NORMALNOŚĆ…

   I po urodzinach. 
Goście najedzeni i chyba zadowoleni. 
Dom ogarnięty.
Wampirzy tata rozpoczął porządki jesienne wokół domu, dzieciaki cieszą się nowymi zabawkami. Swoją drogą, zazdroszczę młodym tego, że mają dostęp do takich zabawek. Kiedyś albo takowych nie było, albo kosztowały bombę pieniędzy i nie było na nie stać rodziców. Za to były inne, fajne pomysły na zabawy. Pamiętam, że sama robiłam biblioteczkę (książeczki) dla moich lalek, dla których miałam malusie pokoiki.
Niedzielne popołudnie wykorzystałam na farbowanie siwizny, pilnig enzymatyczny, maseczkę mawilżającą i inne cuda dla urody – oczywiście w między czasie rozwieszając pranie, łagodząc konflikty między Wampirami, szykując kolację, zmieniając pościel i inne mało ważne rzeczy. 
   W sobotę skusiłam się na zakup soli morskiej ze złotem, który miał moją skórę nawilżyć, napiąć ją, pobudzić coś tam. Należę do osób, które stosują kosmetyki firmy Ziaja więc sól za jedenaście zeta (jednorazowe użycie) to już spory wydatek. Ale gdy ta pani mnie kusiła, a ja jak wspominałam wcześniej, nie jestem asertywna, skusiłam się. I co? I to działa! Skóra cudnie nawilżona.
   Po tych wszystkich zabiegach matka czuje się odprężona i gotowa na podjęcie wyzwań, których w przyszłym tygodniu nie zabraknie. 
Marzy mi się kilka godzin nieprzerwanego snu… Dobranoc.

URODZINOWO…

   Przez dom
Wampirów wczoraj przeszło Tsunami… Piątka dzieci – czterolatki i dwulatka,
zrobiły z domu pobojowisko. Namalowałam im na twarzach malunki, przypominające
koty (z moimi zdolnościami plastycznymi, to i tak cud, że koty przypominały –
choć chyba jednak to były myszy). Miałam zatem dom pełen kotów. Zgiełk, śmiech,
płacz… Ciociu pić, ciociu jeść, ciociu kanapkę, ciociu czy mogę… Pozwoliłam na
wszystko – urodziny są raz w roku. Nabiegałam się, uśmiałam choć też troszkę
wkurzałam – bo po całym dniu pracy odrobinę zmęczona byłam, i marzyłam żeby
klepnąć na cztery litery. Ale dałam radę. Dzieciaki miały swoje urodziny w gronie
swoich małych przyjaciół, moje sąsiadeczki miały czas dla siebie i sobie przy
latosim winku plotkowały. Było git. Nie szkodzi, że musiałam to później
odgruzować na tyle, by dom nadawał się do zamieszkania.
Dziś przed
nami noc pełna wrażeń. Bo jutro urodziny dla rodziny. Takie tam małe  przyjęcie na 20 osób. Zawsze mam wrażenie, że
zabraknie jedzenia, zawsze… choć zawsze zostaje – dużo. Ale jakoś nie mamy pomysłów,
co tym razem zrobić innego niż było serwowane na takich imprezach do tej pory.
Oczywiście to musi spełniać pewne warunki – czyli ma być smaczne, tradycyjne,
lekkostrawne… I masz babo placek.
Placki,
znaczy torty też już zamówione. Cukiernia Sowa niech sobie swoje wsadzi w ten…
no…. Gdzie chce niech sobie wsadza. W naszej miejscowej cukierni zamówienie na
torty przyjęto z uśmiechem i bez chamowatych odzywek.  Dla zasady moja noga w Cukierniach SOWA już
nie postanie, choćbym do końca życia miała nie zjeść rożków ze spirytem. A
takie dobre były, że aż gębę wykręcały. Po dwóch takich, gdyby policjant mnie
dmuchnął, na bank by mi prawko odebrali.
Wracając
do jedzonka. Szefem kuchni jest Wampirzy tata. Wczoraj rozpoczął przygotowania –
golonka, goloneczka… pachniało w całym domu, wychłeptałam pół wywaru. Szef
planuje jakieś roladki schabowe czy cuś. No delicje. Ja – matka, która nie lubi
gotować i wcale się z tym nie kryje, zapoda uda z kurczaka i pewnie pieczeń z
karkówki, na którą kompletnie nie ma pomysłu… Bo z tym moim gotowaniem, to jest
tak, że ja chętnie – jak mam czas, przepis lub pomysł. Nawet w niedzielę rosół „trzymięsny”
upyrkolę  – podobno najlepszy na świecie
(według mojego taty, który rosół z niejednego gara już jadł). Ale niestety w
tygodniu jest tak, że mój mąż jak sobie nie ugotuje – to nie zje. Co oczywiście
lubi powtarzać często. Jakoś nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia, bo zazwyczaj
je w pracy (czego mu cholernie zazdroszczę).

Obiecuję
po niedzieli wstawić zdjęcia stołu z potrawami oczywiście, proszę zaopatrzyć
się w śliniaki lub inne ustrojstwa powodujące, że się nie zaślinicie oglądając.
Najbardziej szkoda klawiaturki.

JAK WAMPIRY NA ŚWIAT PRZYCHODZIŁY

    11 września, wieczór – wampirza matka, przypominająca słonicę, bierze kąpiel. Tata Wampir cykanie foty brzucha. Jest piątek, po wizycie u doktora, torby spakowane, choć do końca ciąży jeszcze 6 tygodni. Skierowanie do szpitala – na wtorek. Ale matce jest już tak ciężko, że marzy żeby już ktoś wyciągnął Wampirzątka z jej brzucha. Od kilku tygodni nie może siedzieć, leżeć i chodzić. Choć nie przytyła dużo, to brzuch jest tak wielki, ze każdy ruch jest koszmarem. Od kilkunastu nocy nie może spać. Tak dzieje i tej nocy.
O 2.00 idzie do łazienki. Czuje się nieswojo. Odeszły wody. Chyba nie do końca świadoma tego, co się dzieje, kładzie się do łóżka. Nie ma skurczów, nic się nie dzieje. Jest spokojnie. O 4.30 mówi do taty, że chyba się zaczęło. Zawsze chciała żeby brzmiało to, jak w filmie.
Wampir budzi się, spokojnie pakuje torby do bagażnika, a matka leży. Według zaleceń położonej. Do szpitala mamy jakieś 60 kilometrów. Spokojnie – przecież nic się nie dzieje. O 7.30 matka idzie na izbę przyjęć. Rutynowe badanie, tata zostaje na dole, matka jedzie na górę, na spotkanie z lekarzem, który dostaje opiernicz, bo jest nieprzyjemny, a że jest młodszy od matki o jakieś 10 lat, to czuje się w obowiązku zrypania go za traktowanie pacjentki przedmiotowo. Na szczęście palant kończy dyżur a matka z brakiem objawów trafia na patologie ciąży. Podłączają ją do KTG i zasypia.
Tata w tym czasie porusza niebo i ziemie bo matka miała mieć cesarskie a nie chcą jej zrobić. Doktor matki przyjmuje inne matki w gabinecie i nie może nic, prócz wykonania telefonu do przyjaciela. Na szczęście jego przyjaciel jest naszym przyjacielem. Matka nie jest karmione kroplówką z hormonem szczęścia i zapada decyzja – o 13.00 CESARKA. O 16.00 matka trafia na blok operacyjny. O 16.25 słyszy jak jej syn Wiktor drze się w niebogłosy i słyszy jak położna krzyczy – 10 na 10″!. Dalej nie słyszy nic. Pyta, co z córką – „jest super – 10 na 10, a drze się jak prawdziwa kobieta!” – urodzona 16.27. Ale tego matka już nie słyszy. Ciśnienie spada. Budzę się w pokoju, obok mama, tata i Wampir. Przynoszą dzieci, malutkie okruszki. Wampiry czekały na nie 10 lat. Od tamtej pory nic nie jest takie samo.
Wampirzątka są z nami od 12 września 2009 roku – cztery cudowne lata. I choć noce nieprzespane, wiele łez z bezsilności wylanych, to dzieci są tym, co dało nam najwięcej radości w życiu. Co sprawiło ze jesteśmy mimo wielu burz, prawdziwą rodziną.
Tatulu Wampirów – dziękuje 🙂