UZALEŻNIENIA cz. 1

     

     
Wampirza
matka ma skłonności do uzależnień. Sama uważa, że są one niegroźne ale jednak
bez pewnych rzeczy i osób żyć nie potrafi.

To,
że jest uzależniona (emocjonalnie) od rodziny i po weekendzie bez Wampirów i z
radości, że je widzi spiłaby im krew – to oczywiste.
To,
że uzależniona jest (niematerialne rzecz jasna 😉 ) od taty Wampira – to też
oczywiste.
To,
że nie umie żyć bez swojego ogrodu, śpiewu ptaków i mruczenia kota – też chyba
nie wymaga wyjaśnień.
Ale
są używki, bez których Wampirza matka żyć nie umie i chyba nie bardzo chce.
Otóż
ostatnio (jeszcze nie codziennie) wpadam do BP na latte z rogalem.
Nigdy
tego nie robiłam. Koło BP przechodzę dwa razy dziennie, pięć razy w tygodniu
już od kilku lat i nigdy tam nie wchodziłam. Głupio mi było – przecież nie
tankuję paliwa, to po co będę włazić na kawę?!
Ale
któregoś razu głosy powiedziały – „idź, kup, nie było małej białej o 6.00 w
domu – IDŹ!”. I weszłam. Przywitał mnie piękny, promienny  uśmiech pani za ladą. Zamówiłam latte na
wynos a pani rzekła – „a może rogalik na ciepło? – w zestawie dziewięć
dziewięćdziesiąt” – i patrzy tymi niebieskimi ślepiami w moje brązowe gały. I
co? Ja pozbawiona asertywności nie odmówiłam. I to był mój błąd. Od tego czasu
przechodząc koło BP słyszę głosy. I wtedy albo śpiewam żeby je zagłuszyć
(czując na sobie pytający wzrok tankujących) albo wchodzę do Wild Bean Cafe i
ulegam pokusie.
Dziś
tak się właśnie stało – uległam.
Odwyk?

O
innych uzależnieniach w następnych odsłonach.

ZWYKŁY PORANEK

   
   

Słońce wdziera się bezczelnie przez okno sypialni dając znać, że już wstało, i że już czas… Przecież wiem, że już czas!! Budzik bezlitośnie wyrwał mnie ze snu 15 minut temu.

Normalnie wstałabym machinalnie (na „śpiku”), polazła do kuchni, wstawiła wodę na „małą białą” i w tym czasie budząc się, gapiłabym się na pole, nad którym unosi się poranna mgła (mmmm bajkowo – ten widok chyba nigdy mi się nie znudzi – uroki jesieni).
   Ale dziś nie jest normalnie.
Normalnie nie chce mi się dziś wypełzać z łóżka. Kot na głowie mruczy a wampirzy tata obejmuje mnie tak mocno, że nie sposób wydostać się z jego ramion. I to jego – „nie idź jeszcze…”.
No kurde chętnie – ale cholerny pociąg nie poczeka. Ale leżę i wtulam się mocniej, zerkając na zegarek – 6.00!! Za pół godziny powinnam być w aucie! Sprint!!
Łazienka – zęby, luk w lustro – masakra – wiadomo PMS – cokolwiek bym rzuciła na twarz będzie fatalnie.
Garderoba – w co się dziś kurka ubrać?! Panika. Zimno-ciepło, gorąco czyli na cebulkę – nie znoszę takich kombinacji. I te cholerne rajstopy, które gryzą masakrycznie…
Kuchnia – kawa – szybka – tak szybka, że nie czuję smaku (byle do przodu!).
Sypialnia – buziaki Wampirom, które zajęły moje miejsce w wyrze, choć są bliżej taty niż ja przed chwilą bo siedzą mu na głowie. Buziak tacie – paaaaaa.
Zdążyłam ufff. Wpadam na peron – „uwaga, pociąg Regio z Kutna do Torunia opóźniony o około 20 minut. Serdecznie przepraszamy i jednocześnie informujemy, że opóźnienie może ulec zmianie”.
Niech to szlag. Mogłam jeszcze poleżeć.
   Gdyby nie środek tygodnia dalej rozkoszowałabym się chwilą w objęciach Starego Wampira.
Dlaczego dziś nie jest sobota…

UWAGA PMS!

   Od wczorajszego wieczoru staram się nie zrobić
krzywdy sobie i innym. Chodzę „jak potłuczona”, obijając się  o ściany, potykając o kota, który ledwo daje
radę zwiewać spod nóg tym bardziej, że lubi te nogi. Wampirze dzieci chowają
się przede mną żeby nie ogłuchnąć od wrzasku wampirzej matki a tata Wampir
delikatnie daje do zrozumienia, że przeginam (swoją drogą ciągle mam nadzieję,
że ta delikatność trwać będzie zawsze i cierpliwość anielska jego nigdy się nie
skończy).

   Przeszkadza mi wszystko, co znajduje się na mojej
drodze – zabawki przede wszystkim, ale też szklanki, szklaneczki, butelki,
talerzyki, które stoją zawsze nie w tym miejscu, w którym stać powinny. O
okruchach  po „Grzesiach” nie wspomnę a
klejące siedzisko kanapy od równie klejących łapek wampirzej córki ubrudzonych
owocami pominę milczeniem.
   Przeszkadza mi sterta prasowania w garderobie (która
tak naprawdę normalnie mi nie przeszkadza), chlapiący wodą po całej kuchni kot,
ściereczka źle odwieszona lub nie powieszona w ogóle. Tak naprawdę przeszkadza
mi nawet moja osoba, którą najchętniej zamknęłabym w miejscu odosobnienia.
Patrząc w lustro rano widzę potwora – oczy i twarz zapuchnięte jakbym piła do
tegoż  lustra tydzień, z przerwą na
posiłki, brzuch wielki jakbym balon połknęła. Ręce się trzęsą i nerwa telepie w
środku bez powodu. Czuję się stara i nieatrakcyjna. Zdecydowanie nie powinnam w
tym czasie wychodzić z domu. Powinnam być izolowana, z tym że izolatka powinna
mieć duże łóżko, przy łóżku duuuużo słodyczy i innych pysznych rzeczy –
krewetki, sushi (bo to dni kiedy zjadłabym konia z kopytami). No i obowiązkowo
dzban czerwonego wytrawnego wina – jeden na dobę. To wszystko dla dobra ludzi,
którzy mnie otaczają.
Taki stan trwa około 4-5 dni. Nienajgorzej by było
gdybym mogła się oddzielić w tym czasie od świata… Choć później przychodzą
kolejne dni, kiedy boli brzuch, piersi i płakać się chce na reklamach z małymi
dziećmi i zwierzaczkami… To daje jakieś 10 do 15 dni wolnego w domu, w wygodnym
wyrku z żarciem pod nosem…

Pomarzyłam sobie… Czas wracać do
rzeczywistości.