Poranne żądze

Godzina 7.50. Przyszło mi do głowy w drodze do pracy, że mam ochotę na galaretkę z kurczaka. Pomyślałam, że zrobię wjazd do Biedry, którą mam „prawie” po drodze. „Prawie” – bo to dwie ulice dalej niż powinnam skręcić ale wiadomo, że gdy ma się na coś ochotę, to nawet Złote Tarasy oddalone o 250 km od domu są po drodze. Weszłam więc do marketu i sięgnęłam sałatkę z tuńczykiem – w tej chwili byłam głodna i myślałam tylko żołądkiem więc czemu nie wziąć galaretki i sałatki. Galaretka też trafiła do moich rąk, i jeszcze serek grani – bo może będę dziś bardzo głodna. Wiadomo – Matka na diecie. Dodam, że nie brałam koszyka – bo po co? Przecież weszłam tylko po galaretkę. Przeleciałam między półkami i już miałam iść do kasy gdy przypomniało mi się, że może dostanę moje ulubione ostatnio wino – vinho verde. Wino jest sezonowe, latosie – portugalskie, białe, półwytrawne, lekko gazowane. Tak lekko, że tylko drapie w podniebienie. Moim zdaniem jest lepsze niż Prosecco, o które pobili się ludzie w Lidlu w Wielkiej Brytanii. Ale wracając do tematu – poszłam sprawdzić czy winko jest. No i winko było. Szarpnęłam więc dwie butle i stanęłam w kolejce. Poczułam się dość dziwnie bo zauważyłam na sobie spojrzenia ludzi… Myślę – brudna jestem na twarzy czy co? Twarz lekko opuchnięta – fakt – znów alergia daje się we znaki i wyglądam jakby mnie mąż pobił… I wtedy zobaczyłam siebie z boku. Ja z opuchniętą twarzą, galaretką, sałatką i serkiem grani w jednej ręce i dwoma winami w drugiej – o 7.50… Uśmiechnęłam się szeroko, zagaiłam kasjerkę głośno żeby wszyscy z kolejki słyszeli, że te wina to na sobotnią imprezę, że fajnie iż znów mają w ofercie i uciekłam do auta. Sama nie wiem skąd u mnie to zawstydzenie. Niektórzy, o tej porze, kupują denaturat i bułkę kajzerkę.

Urodzinowy poranek…

Zdecydowanie wolę takie poranki jak dziś niż takie jak wczoraj. Wampirki wstają bez marudzenia a na widok chleba z nutellą słyszę okrzyk radości. No i co z tego, że niezdrowe. Dziś są ich urodziny więc hulaj dusza – piekła nie ma!!!

Od rana śmiech, głupotki i zabawa. Nie ma kłótni – dziś zgodne mycie zębów i wzajemna pomoc w pakowaniu plecaków. Maja nie mówi, że brzuch boli. Wiktor podrzuca balony, które zostały z sobotniego kinderbalu. Moja uwaga o bałaganie w pokojach nie dociera do odbiorców. Chyba zwyczajnie już przywykły, że Matka dziabie. Przyznam, że dziś nie dziabałam tylko delikatnie zwróciłam uwagę na bajzel.

Ubieram się – czyli latam po domu i myślę, co na siebie włożyć (z mokrymi włosami – dodam – więc jestem w czarnej dupie czasowej) – i słyszę rozmowę:

– A wiesz, że syreny rodzą się tak, jak ludzie? – pyta Maję Wiktor.

– Wiem, ale trochę inaczej chyba bo mają ogon – odpowiada Maja.

– Mówię Ci, że tak samo bo przecież pępkiem wychodzą – to tak jak ludzie – mówi Wik.

– Wiktor, przecież u ludzi dzieci wychodzą brzuchem a syreny nie mają brzucha bo od pępka zaczyna się ogon – stwierdza Maja.

– Wiesz, co Maja? To ja już nie wiem jak te syreny się rodzą – stwierdza zrezygnowany Wiktor.

Niestety ja też nie wiem jak rodzą się syreny. Wampiry wiedzą, że one same wyszły z brzucha i mimo rozmów, że niektóre dzieci jednak wychodzą inną drogą, to dla nich oczywistą oczywistością jest, że lekarz dzieci wyciąga spod pępka.

Każdego roku budzę się o 6.00 i myślę: „właśnie pakuję się do auta i jadę do Torunia”. Każdego roku myślę, jak wielkie miałam szczęście, że jestem z nimi i jak wielką radością one są dla mnie.

Wszystkiego najlepszego Słoneczka.

Smuteczki

– Mamuuu, śniła mi się babcia Hania – mówi rano Wampirza córka a z oczu lecą łzy.

– Kochanie, to dobrze. Znaczy, że myślisz o niej, że pamiętasz. Babcia jest w Twoim serduszku, czuwa nad Tobą.

– Wiesz, zaprosiła mnie do swojego mieszkania. To mały pokoik i wszystko jest w nim białe. Babcia ma łóżko, szafę i stoliczek. Mówiła mi, że jest jej tam dobrze ale bardzo za nami tęskni… Mamusiu czy będę mogła trzymać w plecaku zdjęcie babci? Chcę na nią patrzeć gdy jestem w szkole.

– Oczywiście kochanie, poszukamy zdjęcia babci popołudniu.

 

Wtuliłam ją w siebie mocno żeby nie widziała moich mokrych oczu i odesłałam do Taty. Bardzo chciałam żeby pokazała mu swoje emocje i nauczyła się, że mężczyźni też rozumieją łzy i Tata też utuli w chwilach słabości.

6 września obchodziliśmy smutną rocznicę odejścia mamy. To już dwa lata gdy nie ma jej z nami.

Nam też bardzo Ciebie brakuje Mamo…

PRZYSZŁO NOWE…

nowa-praca-wyzwania

zdjęcie pochodzi z www.karierawfinansach.pl

4 stycznia budzik zadzwonił o 6.15. Równą godzinę później niż dotychczas. W niedzielę pomalowałam pazury i wyszykowałam ubrania dla Wampirów i dla siebie. Dzięki temu o 6.15 wstałam bez pośpiechu i zrobiłam sobie kawę. Od 18 grudnia byłam w domu z dziećmi. Odpoczęłam fizycznie i psychicznie…

Tak Matka, jesteś gotowa na pierwszy dzień w nowej pracy – pomyślałam spijając resztę kawy.

Nie miałam ściśniętego żołądka, nie czułam stresu – sama byłam zdziwiona, że przyjmuję nowe z takim spokojem.

Spokój się skończył gdy chciałam umyć zęby a z kranu nie leciała woda… Zamarzły rury. „No super” pomyślałam i poderwałam Tatę z łóżka. Wcisnęłam w dłoń suszarkę do włosów dziękując w duchu, że głowę umyłam wieczorem i egoistycznie zostawiłam Tatę z problemem „suszenia” rur w celu ich odtajania.

Wampiry nakarmiłam, uszykowałam do szkoły i – ponieważ szły na 8.50 do szkoły – je również zostawiłam na głowie Taty.

7.40 wyleciałam z domu z nadzieją, że tego pierwszego dnia się nie spóźnię i nie natrafię na korek na moście… Taaa nadzieja matką głupich… Korek był ogromny. „Trudno, co ma być to będzie – nic nie dzieje się bez przyczyny, widocznie tak ma być” pomyślałam. O 7.57 otworzyłam drzwi do mojej nowej pracy.

„Dzień dobry!” – głośno dałam znać, że jestem. W sekretariacie nikogo nie było. Nagle młoda, ładna dziewczyna wyszła i z uśmiechem zaprosiła mnie do środka. W pokoju socjalnym byli wszyscy prócz szefa. Przedstawiłam się, jeden z młodych facetów pomógł mi zdjąć płaszcz, powiesił w szafie. Inny – drugi w hierarchii po szefie,  oprowadził mnie po biurze. Najmilszym zaskoczeniem było to, że czekało na mnie biurko i komputer. Na biurku przybory biurowe. W komputerku był już folder AGATA, w którym mam zapisywać swoje umowy. „To do pracy. Tu nie ma czasu na nudę ale jest internet więc w wolnym czasie możesz korzystać” – rzekł A. z uśmiechem.

Od razu przydzielono mi pracę. Dzięki temu poczułam, że faktycznie jestem tu potrzebna. Biuro jest zorganizowane rewelacyjnie. Każdy ma swoją „działkę”, nikt się nikomu nie plącze pod nogami. Spotkania z szefem odbywają się w pokoju socjalnym i są to raczej miłe pogawędki przy rozdzielaniu obowiązków.

Zauważyłam, że fakt iż jestem najstarsza w kadrze sprawił lekkie zakłopotanie. Ale chyba K. jest zadowolona, że pojawiła się w końcu druga kobieta wśród panów. Jest młodsza o jakieś 15 lat ale kobiety zawsze znajdą wspólne tematy. Panom powiedziałam, że nie muszą traktować mnie inaczej z racji tego, że dzieli nas przepaść pokoleniowa (o czym oni gadają? nie pytajcie – połowy nie kumam). A. więc zapewnił, że taryfy ulgowej nie będzie i za jakiś czas odczuję, co znaczy praca z wariatami.

Drugiego dnia ekipa już przyjęła mnie jak „swoją”. Było sporo pracy więc mogłam poznać system pracy jeszcze lepiej. I przyznam, że bardzo mi to odpowiada.

Po trzech latach starań o pracę w obecnej kancelarii (co pół roku zjawiałam się u obecnego szefa z przypomnieniem, że jakby co to czekam na jego telefon) wiem, że warto było czekać na tę szansę, którą otrzymałam. Czy można tak stwierdzić po dwóch dniach przebywania w nowej pracy? Myślę, że tak. Zwłaszcza, że zostawiło się za sobą coś, do czego nie miało się już serca a chemia międzyludzka przestała działać…

praca

KONKURS!

Nowa odsłona bloga więc zapraszam na konkurs.

Do wygrania jest Miś zrobiony ręcznie przez utalentowaną Kasię, której prace możecie oglądać na Dziergacze.

miś2 miś1

Jeśli chcesz wygrać Misia o imieniu Edmund polub moją stronę na Fb i uzasadnij w Komentarzach pod tym wpisem dlaczego Edmund ma trafić właśnie do Ciebie. W komentarzu proszę o podanie adresu mailowego żebym mogła skontaktować się w sprawie wysyłki Edmunda.

Ponieważ Edmunda pokochała Wampirza Córka, to właśnie ona zdecyduje, która odpowiedź podoba jej się najbardziej. Konkurs trwa do 18 grudnia. W sobotę – 19 grudnia, opublikuję dane zwycięzcy.

Kilka słów o Edmundzie – to bardzo towarzyski Miś. Lubi bawić się zarówno z dziewczynkami, jak i chłopcami. Chętnie też przytula się do dorosłych. Ma piękny czerwony szalik a na misiowej dłoni ma serce. To taki fajny kumpel w doli i niedoli. W naszym domu mieszka Bruno i Lukrecja – dwie cudowne szydełkowe zabawki wydziergane przez Kasię. Dlatego wiem, że jeśli Edmund trafi pod Twój dach – oboje będziecie zachwyceni i szczęśliwi.