Zwykły dzień…

Każdemu to się chyba zdarza. Otwierasz oczy i wiesz, że to nie będzie najpiękniejszy dzień w Twoim życiu.

Obudziłam się o 6.30. Budzik nie zadzwonił choć powinien drzeć mordę głośno już przed 6.00. Nie darł – albo ja spałam tak mocno, że przez sen pieprzłam go w łeb. Masza – pies nasz, nawet nie pisnął. Od jakiegoś czasu trudno jej się podnieść nawet wtedy gdy ja wstaję wcześniej. Totalnie mnie olewa. Gdy wstaję z łóżka, opuszczam nogi, muszę szukać wolnej części podłogi by nie wdepnąć na futro. Ja wstaję, ona leży bez ruchu lub zmienia bok głośno mlaskając i wydając różne dźwięki przez sen.

Mocno w panice szarpię Tatę i krzyczę szeptem: KOCHANIE!! ZASPAŁAM!! Tata spokojnie: ok, odwiozę dzieci do szkoły. Wyrobisz się.

Uwielbiam tę jego siłę spokoju. Czasami mam wrażenie, że gdybym krzyknęła: KOCHANIE!! PALI SIĘ!!! Odpowiedziałby: spokojnie żabko, straż pożarna ugasi, zaraz wezwiemy pomoc.

Gdy już wydostałam się z sypialni mając wrażenie, że ktoś wyrwał mnie ze snu o 2.00 w nocy, na śpiku zrobiłam sobie kawę i przystąpiłam do szykowania dzieciom śniadania (tak – jestem tą matką, która zawsze ma czas na szykowanie dzieciom śniadania w domu i do szkoły i uwierzcie, że zajmuje to 15 minut). Jako pierwszy jak zwykle przydreptał Synu. Popatrzył, że na stole pusto i poszedł dosypiać do Taty. Nagle słyszę charczenie zarzynanego wieprza. Serce zaczyna bić szybciej, ręce drżą… Wołam córkę i nakazuję: kaszlnij. I zaraz żałuję, że ją o to poprosiłam. Wydaje z siebie te dźwięki, które zawsze powodują u mnie atak paniki. Myślę…. jest czwartek, dziś musi iść do szkoły. Steryd mam, acodin mam. Alergia w pysk od rana dostała.

Tata jak obiecał, tak dzieci do szkoły zawiózł. W drodze do pracy i w pracy myślę co zrobić z Córką. Może zakopać w ogródku, może komu podrzucić. Sms od wychowawczyni: Maja jest apatyczna i źle się czuje. Myślę – skoro apetyczna, to ją zjedzcie. Problem z głowy. Dzwonię do babci. Mamuu jak tatuś dziś pracuje, może by…

Słyszę hlip hlip w słuchawce… Mamuś, co się dzieje? płaczesz?

Tak, boli. Lekarze nie chcą pomóc, odsyłają od jednego do drugiego. Usg wyznaczyli dopiero na grudzień a mnie boli i puchnie. Podobno pacjent po operacji nie jest już pacjentem na szybkiej ścieżce i nikt nie chce pomóc.

Kurwa!! Otwieram net, szukam nr do Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Pani słucha cierpliwie i udziela mi pełnej i rzeczowej informacji. Dzwonię do Mamci: musisz jechać do tego lekarza i powiedzieć żeby zmienił skierowanie na pilne. Bydgoszcz zrobi to usg szybciej niż Włocławek. Ubieraj się, zawiozę Cię do przychodni.

Po godzinie mamcia gotowa, udaje się zmienić termin usg i od razu termin wizyty u lekarza. Temat traktowania pacjenta onkologicznego w Polsce nadaje się do publikacji w prasie. W Polsce nie ma pacjenta. Jest kolejny numer, kolejny wycięty guz, statystyka.

Przy akcji „onkolog” tracę sporo energii. Wracam do pracy i nagle pojawia się on – KLIENT PAN.

 ………………………………………………….

Uwierzcie, że kawy już nie potrzebowałam.

Marzyłam żeby odpocząć i dokończyć zaczęty kilka dni temu tekst na temat z serii „poważne”.

Ale chyba nie bardzo miałam podejście do tematu i zaczęłam skrobać to, co teraz czytacie. Pisałam gdy nagle z kuchni dobiegło mnie: „Agaaaaaa, pomocy!!!!!!”

Szybko poleciałam do kuchni… Moja oaza spokoju trzymała w ręku balon z cytrynówką domowej roboty… Niestety balon był pęknięty a na blacie i na podłodze  rozlane było około 2,5 litra tego dobra… Wena poszła w Pireneje, kuchnię trzeba było doprowadzić do stanu używalności.

Idę spać bo nie daj Boże stanie się coś jeszcze…

Cholera, boję się położyć na łóżku… zarwie się – nie zarwie.

Dobranoc.

 

 

 

Nasza rodzina oczami Maszy…

Hejka, ostatnio czytaliście jak „strasznie” żyje się ze mną pod jednym dachem. Szkoda, że pańcia nie wspomniała, jak czasami trudno z nią wytrzymać. Ona nie wspomniała ale ja Wam chętnie opowiem jak wygląda psiejskie życie w Wampirzowie.

Trafiłam do Wampirzej rodziny gdy byłam małą, ośmiotygodniową kulką. Każdy chciał się ze mną bawić, dzieci nosiły mnie na rękach a ja bezkarnie podgryzałam nogawki i gryzłam ręce ludzi a oni krzyczeli – dziś wiem, że z bólu. Pańcia mnie tuliła i mówiła do mnie pieszczotliwie – to był czas gdy wybaczała mi niemal wszystko choć były chwile, że przeze mnie płakała (mówiła że z bezsilności bo tego czorta – czyli mnie, nie da się wychować).

Pańciu od początku pokazał, że jest najważniejszy i jego słuchałam bo głos miał srogi – jak coś kazał, to nie było zmiłuj. Nawet moje brązowe oczęta nie robiły na nim wrażenia. Nie pozwalał wchodzić na kanapę i łóżko – ale spał ze mną na podłodze gdy płakałam w nocy za ciepłym futrem mamy. I to on pokazał mi pierwszy, że lodówka jest najfajniejszym meblem w domu. Stamtąd pańciu czasami daje mi smakołyki. Pańcia wtedy krzyczy na niego bo podobno nie wszystko jest dla mnie zdrowe. Ciekawe, że sami to jedzą a psu może zaszkodzić.

Gdy trafiłam do mojego domu, od razu pańcia zapisała mnie do szkoły. Jak tylko „złapałam” odporność, zaprowadziła mnie na smyczy na takie duże pole. Były tam też inne psie dzieci. Było fajnie – skakałam, przechodziłam przez tunel, biegałam i dostawałam za to nagrody w postaci pysznych smaczków. Zdałam do następnej klasy – ale tu już nie było tak kolorowo. Nie wolno było już zaczepiać innych piesów. Musiałam chodzić na smyczy przy nodze, przychodzić na zawołanie. Pańcia najbardziej cieszyła się gdy patrzyłam jej w oczy i nie rzucałam się na smaczki, które trzymała w ręku.

Zaskakujące jest to, jak bardzo człowiek się cieszy gdy robi z nas wariata. Siad, leż, biegaj – komendy, które my wykonujemy by ludzi zadowolić. O ile „biegaj” bardzo mi się podoba, o tyle „do mnie” i „nie wolno” oraz „podłoga” – czasami nie docierają do mnie (głuchnę normalnie). Nie oszukujmy się – to zakazy i nakazy, a który nastolatek to lubi??!!

Zimą pańcia doszła do wniosku, że mam za dużo energii i nie daje sobie ze mną rady. Poszłyśmy na kolejne szkolenie. Wymyśliła sobie, że będę nosem szukać herbaty w pojemnikach. Znów cieszyła się jak głupi do sera gdy udało mi się znaleźć właściwy pojemnik. Ludzie są jednak dziwni…

Ja jednak przyznam szczerze, że wolę pływać. Takie nurkowanie albo przynoszenie zabawek, które pańcia rzuca do jeziora. Ech – woda to jest moje życie. Chyba w poprzednim wcieleniu byłam łabędziem – albo karpiem jakimś.

Mam nawet przyjaciela wodnego. Mieszka w oczku przy domu. To Wiking – taka łaciata ryba. Zawsze gdy piję wodę, podpłynie, ja łapką poklepię tę wodę a on wystawia głowę. Pogadamy chwilkę i on znów chowa się pod liście. Czasami gdy wracam ze spaceru, daję nura do oczka – chcę poczuć się jak Wiking. Pańcia nie lubi gdy po spacerze zaliczam taką kąpiel bo musi później mnie osuszać, czyścić i czesać. Generalnie gdy zaliczę niekontrolowaną kąpiel w błocie, to pańcia się gniewa. Czasami nawet krzyczy. Jesuuuuu ile ona dziabie: że nie słucham, że łajza jestem, że brudas. Co ja poradzę, że jak widzę wodę (nawet brudną), to muszę się w niej zanurzyć.

Pańcia to dziabara i krzykacz. Jakaś taka znerwicowana wiecznie. Wciąż jej się coś nie podoba. A to, że klapki z wiatrołapu kradnę, a to że robię dziury w kompletach pościelowych, a to że skarpetę świsnę. Do niedawna kopałam dołki w ogrodzie ale za to pańciu na mnie też krzyczał to przestałam.

Wiecie jak fajnie jest uciekać z kradzionym klapkiem do ogrodu? Pańcia biegnie za mną, coś krzyczy, ja się chowam w krzakach. Ileż ona już razy czołgała się za mną pod krzakami żeby swoje buty odzyskać. Cyrk – mówię Wam.

Lubię chodzić na długie spacery. Robimy z pańcią 5 km wędrując przez pola. Ganiam sarenki i zające. Spotykamy różnych fajnych ludzi, którzy czasami chcą mnie dotknąć a czasami boją się mnie mimo, że pańcia mówi, że ja tylko tak groźnie wyglądam. Chodzimy kąpać się w rzece albo w jeziorze.

Mam też dwoje mniejszych pańciów. Uwielbiam moje dzieci. Gramy razem w piłkę albo w chowanego. Czasami w berka – najczęściej wtedy gdy uda mi się świsnąć im jakąś zabawkę. Lubimy leżeć na podłodze albo na dużym łóżku w sypialni pańciów i tulić się do siebie. Ja daję im moje ciepełko a oni miziają mnie po brzuszku i pod brodą. Czasami podzielą się ze mną chrupkami, paluszkami albo kabanosami. Lubię gdy Maja mnie szkoli. Zawsze ma w ręku pyszne nagrody. Do Wampirzątek przychodzą koledzy i koleżanki. Bawię się z nimi lalkami albo klockami lego. Nie wiem dlaczego piszczą i krzyczą bo śmiechu jest przy tym co niemiara.

A gdy dzieci idą spać, pańciu siada na kanapie, ja obok niego i oglądamy tv. Lubię być blisko niego bo zawsze wtedy znajduje czas żeby mnie trochę potarmosić, powygłupiać się i pobawić w zapasy. Pańciu ma dużo siły więc pozwala mi na taką zabawę. Nie wolno mi bawić się tak z pańcią i dziećmi. Podobno jestem za duża i za silna.

Wieczorem gdy bardzo się zmęczę, idę do sypialni pańciostwa i kładę się koło łóżka. Gdy mam złe sny i piszczę, pańcia głaska mnie przez sen po głowie i zasypiam. Już nie budzę się o 5.00 rano. Teraz lubię pospać dłużej, za co pańcia jest mi wdzięczna – zwłaszcza w weekendy.

Nie opowiedziałam Wam jeszcze o wakacjach, na które zabrali mnie moi kochani ludzie. Ale to osobny temat. Na pewno opowiem o tym, jak moja rodzina ogarnęła ten temat.