aaaa psik…

Umieram. Zabija mnie katar. Zabija powoli. Zaczął wczoraj koło godziny 13.00 i nadal się pastwi. Swój proces zaczął kilkoma delikatnymi kichnięciami. Takimi wiecie – jak damy kichają. Takimi krótkimi „a psik”. Później było odrobinę gorzej. Do głośniejszego „aaaa psik” , doszła woda z nosa. Niech to szlag! Do domu wracałam już ze swędzącym kinolem, łzami w oczach i wkurwem na maksa bo nie miałam w planach choroby. Wpadłam do domu jak odrzutowiec i zaczęłam sprzątać próbując angażować resztę rodziny. Wampiry mnie olały ale Tata się zlitował. Razem zrobiliśmy totalny porządek w spiżarni a ja lekko uporządkowałam pralnię – cały czas ogarniając to, co mi leciało z nosa. Dlaczego – spytacie – tak się męczyć gdy ma się katar zamiast legnąć na kanapie i nic nie robić? Ano, dziś przyszła moja Kasia kochana pomóc mi sprzątać. Musiałam jej przygotować grunt. Tak już mam, że odgruzowuję dom dzień przed sprzątaniem.

Wtrącę kilka zdań odnośnie sprzątania. To, że lubię porządek, to chyba wiedzą wszyscy. Moim przyjacielem w chwilach nerwicy i kurwicy jest odkurzacz i mop. Depresją jednak kończy się wejście do pokojów Wampirów. Przeobrażam się wtedy w potwora i mam ochotę zjeść własne dzieci. Kiedyś jeszcze to ogarniałam, teraz już nie mam cierpliwości i bardzo chcę żeby doszło do tych małych łebków, że mają już skończone 8 lat i czas wyrobić w sobie nawyk sprzątania i poczucie, że jak jest porządek w domu, w pokoju – to jest porządek w głowie.

Do czego mi Kasia – ktoś zapyta – skoro lubię sprzątać. Do tej pory dawałam sobie radę bez pomocy. Jednak nadszedł dzień kiedy skapitulowałam. Sprzątanie zaczęło mi zajmować cały weekend. Bo sprzątanie to nie tylko kurze, podłogi i lustra. To też prasowanie, porządki w szafkach, na półkach z książkami. I tak gdy zaczynałam porządki w sobotę rano, kończyłam prasowaniem w niedzielę wieczorem. A gdzie czas dla rodziny, na spacer z psem, dla siebie… Poza tym, zauważyłam że jak przychodzi ktoś do pomocy w sprzątaniu, to ja mam więcej czasu żeby robić porządki w miejscach, które do tej pory omijałam z braku czasu. Wierzę, że dzięki pomocy Kasi, niebawem wszystko będzie na swoim miejscu, Wampiry nauczą się dbać o porządek, odkładać rzeczy na swoje miejsce a gdy nadejdzie katar, ja położę się i będę spokojnie, bez wyrzutów sumienia, umierać.

Wracam do kataru. Do wieczora miałam ataki kichania. Strzelałam jak z karabinu maszynowego – 30 kichnięć, chwila przerwy i znów 30 kichnięć. Idąc spać zaaplikowałam sobie dwa rodzaje kropli do nosa, polopirynę i skarpety na stopy. Rano wstałam z bolącym i suchym gardłem, gilami do pasa i chęcią powrotu do łóżka.

Siedzę w pracy, zużywam czwartą paczkę chusteczek. Umieram ale mimo to rozmawiam z klientami i odbieram telefony. Klienci patrząc na mnie odsuwają się na odległość 2 metrów. Jedna pani zwróciła uwagę, że nie powinnam obsługiwać ludzi w takim stanie. Oooo żeby ta pani wiedziała, że chętnie wróciłabym do domu, zawinęła w kołderkę i cichutko czekała na koniec cholery, jaką jest katar. Ale kto mi da L4 na zwykły katar? Katar to nie choroba. Katar to tylko coś, co ma uprzykrzyć życie. Nabyłam go świadomie spędzając półtorej godziny w stadninie koni bez okrycia a ciepło nie było. Znaczy mi nie było ciepło. Majuta wyciskała poty jeżdżąc konno a Wik biegał z kumplem po stadninie (w koszulce z krótkim rękawem). Najgorzej, że ja dziś muszę logistycznie ogarnąć zajęcia Wampirów i najlepiej być o jednej godzinie w dwóch miejscach – w domu i we Włocławku. Ale co to dla mnie. Ja nie dam rady? ja?? Może zapomnę o katarze i szybciej wrócę do żywych…

P.S. Kasiu , dziękuję – spadłaś mi z nieba.

Poranne żądze

Godzina 7.50. Przyszło mi do głowy w drodze do pracy, że mam ochotę na galaretkę z kurczaka. Pomyślałam, że zrobię wjazd do Biedry, którą mam „prawie” po drodze. „Prawie” – bo to dwie ulice dalej niż powinnam skręcić ale wiadomo, że gdy ma się na coś ochotę, to nawet Złote Tarasy oddalone o 250 km od domu są po drodze. Weszłam więc do marketu i sięgnęłam sałatkę z tuńczykiem – w tej chwili byłam głodna i myślałam tylko żołądkiem więc czemu nie wziąć galaretki i sałatki. Galaretka też trafiła do moich rąk, i jeszcze serek grani – bo może będę dziś bardzo głodna. Wiadomo – Matka na diecie. Dodam, że nie brałam koszyka – bo po co? Przecież weszłam tylko po galaretkę. Przeleciałam między półkami i już miałam iść do kasy gdy przypomniało mi się, że może dostanę moje ulubione ostatnio wino – vinho verde. Wino jest sezonowe, latosie – portugalskie, białe, półwytrawne, lekko gazowane. Tak lekko, że tylko drapie w podniebienie. Moim zdaniem jest lepsze niż Prosecco, o które pobili się ludzie w Lidlu w Wielkiej Brytanii. Ale wracając do tematu – poszłam sprawdzić czy winko jest. No i winko było. Szarpnęłam więc dwie butle i stanęłam w kolejce. Poczułam się dość dziwnie bo zauważyłam na sobie spojrzenia ludzi… Myślę – brudna jestem na twarzy czy co? Twarz lekko opuchnięta – fakt – znów alergia daje się we znaki i wyglądam jakby mnie mąż pobił… I wtedy zobaczyłam siebie z boku. Ja z opuchniętą twarzą, galaretką, sałatką i serkiem grani w jednej ręce i dwoma winami w drugiej – o 7.50… Uśmiechnęłam się szeroko, zagaiłam kasjerkę głośno żeby wszyscy z kolejki słyszeli, że te wina to na sobotnią imprezę, że fajnie iż znów mają w ofercie i uciekłam do auta. Sama nie wiem skąd u mnie to zawstydzenie. Niektórzy, o tej porze, kupują denaturat i bułkę kajzerkę.

Urodzinowy poranek…

Zdecydowanie wolę takie poranki jak dziś niż takie jak wczoraj. Wampirki wstają bez marudzenia a na widok chleba z nutellą słyszę okrzyk radości. No i co z tego, że niezdrowe. Dziś są ich urodziny więc hulaj dusza – piekła nie ma!!!

Od rana śmiech, głupotki i zabawa. Nie ma kłótni – dziś zgodne mycie zębów i wzajemna pomoc w pakowaniu plecaków. Maja nie mówi, że brzuch boli. Wiktor podrzuca balony, które zostały z sobotniego kinderbalu. Moja uwaga o bałaganie w pokojach nie dociera do odbiorców. Chyba zwyczajnie już przywykły, że Matka dziabie. Przyznam, że dziś nie dziabałam tylko delikatnie zwróciłam uwagę na bajzel.

Ubieram się – czyli latam po domu i myślę, co na siebie włożyć (z mokrymi włosami – dodam – więc jestem w czarnej dupie czasowej) – i słyszę rozmowę:

– A wiesz, że syreny rodzą się tak, jak ludzie? – pyta Maję Wiktor.

– Wiem, ale trochę inaczej chyba bo mają ogon – odpowiada Maja.

– Mówię Ci, że tak samo bo przecież pępkiem wychodzą – to tak jak ludzie – mówi Wik.

– Wiktor, przecież u ludzi dzieci wychodzą brzuchem a syreny nie mają brzucha bo od pępka zaczyna się ogon – stwierdza Maja.

– Wiesz, co Maja? To ja już nie wiem jak te syreny się rodzą – stwierdza zrezygnowany Wiktor.

Niestety ja też nie wiem jak rodzą się syreny. Wampiry wiedzą, że one same wyszły z brzucha i mimo rozmów, że niektóre dzieci jednak wychodzą inną drogą, to dla nich oczywistą oczywistością jest, że lekarz dzieci wyciąga spod pępka.

Każdego roku budzę się o 6.00 i myślę: „właśnie pakuję się do auta i jadę do Torunia”. Każdego roku myślę, jak wielkie miałam szczęście, że jestem z nimi i jak wielką radością one są dla mnie.

Wszystkiego najlepszego Słoneczka.

Smuteczki

– Mamuuu, śniła mi się babcia Hania – mówi rano Wampirza córka a z oczu lecą łzy.

– Kochanie, to dobrze. Znaczy, że myślisz o niej, że pamiętasz. Babcia jest w Twoim serduszku, czuwa nad Tobą.

– Wiesz, zaprosiła mnie do swojego mieszkania. To mały pokoik i wszystko jest w nim białe. Babcia ma łóżko, szafę i stoliczek. Mówiła mi, że jest jej tam dobrze ale bardzo za nami tęskni… Mamusiu czy będę mogła trzymać w plecaku zdjęcie babci? Chcę na nią patrzeć gdy jestem w szkole.

– Oczywiście kochanie, poszukamy zdjęcia babci popołudniu.

 

Wtuliłam ją w siebie mocno żeby nie widziała moich mokrych oczu i odesłałam do Taty. Bardzo chciałam żeby pokazała mu swoje emocje i nauczyła się, że mężczyźni też rozumieją łzy i Tata też utuli w chwilach słabości.

6 września obchodziliśmy smutną rocznicę odejścia mamy. To już dwa lata gdy nie ma jej z nami.

Nam też bardzo Ciebie brakuje Mamo…