MATKA KANAPKOWO – BOCZEK ROLOWANY I SALCESON BIAŁY.

Obiecałam, że na blogu znajdą się dziś sprawdzone przepisy i wypróbowane przez gości dania.
W zeszłym tygodniu zatęskniłam za wędlinami własnej roboty. Ostatnio nie miałam ochoty robić sama. Kupowałam w sklepie z wyrobami swojskimi ale koszty na naszą czwórkę były ogromne. „Natchło” mnie i zabrałam się do pracy.
Efektem było kilka smaczków z szynkowarów.
Pierwszy – to rolada z boczku. Pani w sklepie, która zna się na wyrobie wędlin (trochę pogadałyśmy przy ladzie), wybrała mi cienki boczek – idealny na roladę. Przycięłam go do rozmiaru szynkowara, osoliłam, posypałam słodką i ostrą papryką, dodałam nieco majeranku i zwinęłam. Włożyłam do szynkowaru okrągłego i wstawiłam na dobę do lodówki. Następnego dnia gotowałam w temperaturze wody 80 stopni przez 2 h. Oto efekt. 
  Obok na desce leży szynka z indyka, robiona w szynkowarze. Przysmak Córki. Jednak przepis do zmiany bo mięso się nie klei tak, jak powinno.
Jednak furorę na fb zrobił salceson. Przepis na niego wzięłam z głowy. Oczywiście inspirowałam się doświadczeniem innych. Jednak zrobiłam po swojemu.
Oto przepis na salceson biały wg Agaty
1/ 4 nogi wieprzowe,
2/ 5 golonek,
3/ warzywa na wywar (pietruszka – korzeń z zielskiem, marchewka, por) sól, ziele angielskie, liść laurowy (zrobiłam wywar jak na nóżki w galarecie)
4/ przyprawy do gotowego już mięsa: pieprz ziołowy, pieprz biały, sól, czosnek, majeranek, kminek (użyłam mielonego) – wg własnego smaku.

Nogi i golonki zalałam wodą, dodałam warzywa i przyprawy. Gotowałam długo – do miękkości mięsa (jakieś 4 godziny). Obrałam, skórki pocięłam a mięso z golonki zostawiłam w większych kawałkach. Wywar przecedziłam. Do obranego mięsa dodałam przyprawy. Radzę przesolić mięso bo nauczona doświadczeniem pierwszego salcesonu wiem, że mięso zabiera sól w trakcie gotowania w szynkowarze. Wymieszałam dokładnie wszystko i dodałam na tę ilość mięsa jakieś pół litra wywaru. Dobrze wymieszałam i przełożyłam do worków a następnie do szynkowarów. Z wsadów wynika, że wyszło jakieś 2 kg gotowego produktu. Szynkowary gotowałam 1 godzinę i 50 minut. Później do zimnej wody i po wystudzeniu noc w lodówce.  
Fajne jest to, że nie trzeba robić salcesonu w szynkowarze. Dostępne są naturalne osłonki do salcesonów – można napchać w osłonkę i parzyć w garnku, następnie wyjąć na deskę, przycisnąć czymś ciężkim i włożyć do lodówki.
Wampirzy Tata – spec od wędlin domowych, stwierdził że go pokonałam. 
Wczoraj przygotowałam obiad dla gości – ludzi mi najbliższych – wszystko „siama”. Stwierdził, że jest zazdrosny – wiadomo przecież kto jest głównym kucharzem. Ale słów pochwalnych nie szczędził. Jutro na blogu przepis na pyszną karkówkę i ciorbę. 

RZYM I JEGO KOLEJNA ODSŁONA – KULINARNA.

Mam dosyć diety. Mam dość kieratu, ważenia co 2 tygodnie. 
Waga stanęła w miejscu. Brakuje 1,5 kg do ukończenia diety i wprowadzenia diety stabilizacyjnej. Jestem wściekła i nie zamierzam tego ukrywać. Nawet przełożyłam wizytę u dietetyka. I z tej złości otworzyłam plik ze zdjęciami. Trafiłam na te z Rzymu.
Pamiętam, że gdy się tam z Tatą wybieraliśmy nie mieliśmy żadnego planu – choć ja próbowałam ustalać gdzie pójdziemy i co zobaczymy. Tata jednak się bronił więc się poddałam. Wiadomo było, że musimy zobaczyć Koloseum i Watykan. Na resztę najdziemy zapewne snując się uliczkami Rzymu.
Był jednak jeden wspólny plan – jedzenie. 
Oboje lubimy jeść. Lubimy określone smaki. Te smaki to kuchnia azjatycka i kuchnia śródziemnomorska. Ale co tak na prawdę można powiedzieć o smakach jeśli się ich nie zna. Zatem postanowiliśmy, że skoro mamy jednak nieco okrojony budżet, to wchodzimy tylko do miejsc, które możemy zobaczyć za darmo lub za cenę w granicach rozsądku a za „oszczędności” będziemy jeść.
Pierwszym posiłkiem, który zjedliśmy była pizza i calzone ze szpinakiem i twarogiem solankowym – kupione w knajpce, po drodze do mieszkania, które wynajmowaliśmy. Tata kupił do tego butelkę wina. Było grubo po północy gdy się tym zajadaliśmy. 
  
   Nie planowaliśmy wczesnego wstawania ale z ulicy dochodziły takie zapachy, że jedno o czym marzyliśmy, to zjeść coś pysznego na śniadanie. 
Zapachy i życie na ulicy Constantino Marmocchi to cudowne wspomnienie. Gdy rano otwieraliśmy okiennice na przeciwko, w kuchni już kwitło życie. Zapach smażonej wędliny (zapewne nie był to boczek) i głośne rozmowy mieszkańców domu. Chowałam się za okiennicą i słuchałam, jak kobieta głośno śpiewnie opowiada coś domownikom.  

Tu wszyscy wychodzili z domu około 9.00. My też. 
   Byliśmy w obcym miejscu, bez słownika i znajomości języka włoskiego. Mieliśmy nadzieję, że dogadamy się po angielsku. Niestety. Mieszkaliśmy wśród włochów, z którymi nie sposób było dogadać się w jakimkolwiek innym języku niż włoski. 
Była ciepła majowa niedziela. Szliśmy przed siebie na węch szukając jedzenia. Niestety trafiliśmy na kawiarnię a nie restaurację, oblężoną przez kobiety. Zamówiliśmy espresso i dwa rodzaje croissantów. Jeden z czekoladą, drugi z toffi. Wypiekane na miejscu. Smak niepowtarzalny. Przyglądałam się kobietom, które dyskutowały, śmiały się i zastanawiałam się czy to w Rzymie jest normą, że w niedzielny poranek one królują w kawiarniach i piją espresso przegryzając słodkościami. 
Niesamowite jest to, że mimo bariery językowej, włosi są bardzo życzliwi, uśmiechnięci i próbują zrozumieć, o co nam – turystom – chodzi. 
Tę kawiarnię odwiedziliśmy raz jeszcze. Musiałam spróbować słynnych włoskich sorbetów – cytrynowego i truskawkowego. 
Jeśli na myśl przychodzą Wam smaki sorbetów dostępnych w Polsce, to od razu rozwieję Wasze wyobrażenia. Sorbet cytrynowy to nic innego jak cierpka cytryna wymieszana z wodą. Jeśli oczekujecie słodyczy, to jej nie znajdziecie w sorbecie cytrynowym. Lody nie mają zbitej konsystencji ponieważ zawierają dużo soku, one praktycznie rozpuszczają się w pojemniku, podawane są ze słomką by nie zmarnować ani kropelki tego, co na dnie. Przyznam, że smak tradycyjnych lodów nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak sorbety, których jestem fanką.
     

Jak już wydostaliśmy się z dzielnicy i po dość długim błądzeniu w poszukiwaniu miejsca, gdzie możemy kupić bilety na tramwaj lub autobus, dotarliśmy do metra – pierwszym przystankiem okazało się Koloseum. Byliśmy tam koło 11.00. Ja – po dwóch rogalikach, Tata po jednym. Mieliśmy nadzieję, że Koloseum i Forum Romanum obejdziemy migusiem i coś zjemy. Jednak kolejki do kas nas pokonały. Gdy opuszczaliśmy Koloseum, weszliśmy do pierwszej przy wejściu do metra knajpki.
Wiadomo – Włochy to pasty. Ceny przy Koloseum zabójcze ale głód był tak silny, że zaryzykowaliśmy i zamówiliśmy. Tata tradycyjne z sosem bolognese a Matka carbonarra. Bardzo chciałam wiedzieć jak wygląda podane „po włosku”.
Tak na marginesie – musieliśmy z Tatą świetnie wyglądać za każdym razem gdy dostawaliśmy danie. Grzebaliśmy bowiem w daniach jakbyśmy skarbu szukali. Wiadomo – każdy szczegół jest ważny. Pasty wymiotły. I przyrzekam, że nigdy nie powiem na żadnego Włocha makaroniarz. To jest mistrzostwo świata. 

Mimo padnięcia na twarz po Forum Romanum i Koloseum, podjęliśmy próbę podboju Rzymu. Wsiedliśmy w metro i wysiedliśmy na stacji, która przeniosła nas pod schody hiszpańskie. Dodam, że same schody mnie nie powaliły – to było wielkie rozczarowanie. Usiedliśmy chwilkę przy fontannie, nazwanej przez nas „kajakiem” i gdy odpoczęliśmy, ruszyliśmy przed siebie. Urzekło nas piękne rękodzieło w postaci fartuszków, drewnianych zabawek. Przechodząc, usiedliśmy w restauracji by napić się wina.  

 Na naszych oczach, kucharz rozkładał owoce morza w wielkiej lodówce wystawionej na ulicę. Zamawiając danie z ryb, wskazywało się, która ma znaleźć się na talerzu. Menu niestety było poza naszym zasięgiem cenowym i mimo tańców kelnera nad nami, śpiewów i namawiania, podziękowaliśmy z żalem. Kelner pozwolił mi jednak szybko zrobić zdjęcie tych pyszności. 

Zbliżała się pora kolacji. Szukaliśmy miejsca gdzie możemy niedrogo zjeść włoskie specjały wędliniarskie. Trafiliśmy na restaurację Il Barroccio. Podawali w niej pizzę i tańsze posiłki niż w restauracji na przeciwko er Faciolaro. Bardzo miły kelner zrozumiał o co nam chodzi i dostaliśmy dwa wielkie talerze wędlin dojrzewających. Niestety nie podzielę się z Wami ich widokiem bo umknęło mi, że powinnam je sfotografować. Miałam inne widoki do obserwacji. Z restauracji er Faciolaro wybiegło dziewczę i podeszło do kucharza piekącego pizzę. Ich uczucie bardziej zwróciło moją uwagę niż talerz – czego żałuję do dziś.

Widzicie na górnym zdjęciu witrynę restauracji? Gdy Tata to zobaczył, oznajmił że jeśli trafimy w to samo miejsce jeszcze raz, stawia nam tam urodzinową kolację. Niżej – urok włoskich wieczorów knajpianych. Różni grajkowie chodzą między restauracjami i miło przygrywają. 

Kolejny dzień. Odkryliśmy pizzerię za rogiem Pizzeria da Simone. Otwierają od 10.00 ale gdy przechodziliśmy, kucharze już zaczęli piec ciasto na pizzę i kanapki. W ladzie wystawione były wędliny dojrzewające. Spodobała mi się szczególnie jedna. Nie pamiętam jak się nazywała po włosku. Tata zapisał na kartce ale gdzieś nam ta kartka zginęła. Kelnerka pokazała nam palcem na własne policzki. Jeśli ktoś może mi pomóc rozszyfrować nazwę – będę wdzięczna. Na migi pokazaliśmy żeby pani zrobiła nam kanapkę z tą szynką i z mortadelą. Boszsz – umarłam. To było coś pysznego. Każdego kolejnego dnia chodziliśmy tam na śniadanie. To, co kucharze wykładali na lady będzie nieco niżej. W każdym razie, każdego kolejnego dnia po obfitym śniadaniu, pani za darmo na drogę robiła mi kanapkę z nutellą. Kocham Pizzerię da Simone.

Oczywiście nie samo jedzenie było ważne – pić trzeba było. Zabijcie mnie ale nie wiem co to było. Chciałam Aperol ale nie wiem czy to dostałam – bariera językowa jest straszna. Tym bardziej, że większość z tych kelnerów, to nie Włosi.

 Czas dla tych, co lubią słodycze…

 …i sery.

 No i dotarliśmy ponownie do restauracji, w której chcieliśmy zjeść uroczystą kolację. Nie było miejsc na zewnątrz, kelner poprosił łamanym rosyjskim poplątanym z angielskim żebyśmy poczekali i dostaliśmy szampana. Bardzo nam zależało żeby tu zjeść więc poczekaliśmy.

Na pierwszy ogień poszedł chleb z pastą z karczochów. 

Tata jest zupowy więc zamówił „warzywnik” .

A na główne danie rybę. To, jak kelner obierał na naszych oczach rybę było zdumiewające. Zrobił to szybko i patrzenie na to, jak to robił, sprawiało przyjemność.

Matka nie jest oryginalna i jak zwykle zamówiła owoce z morza…

 Obrana rybka

Śniadanie w pizza de Simone. Widzicie tę mortadelę?

 Grillowane: bakłażan, cukinia i papryka w oliwie z czosnkiem.

Kolejny dzień to znów łażenie po Rzymie bez konkretnego celu i chwila odpoczynku w kawiarni w Palazzo Montecitorio.

Kolacja w jednej z restauracji.
Faszerowany kwiat cukinii.

Znów Carbonara – równie pyszna.

Gnocchi z serem gorgonzola. Uwielbiam ten smak.

Ośmiornica z ziemniakami, kapar, papryka i fasola szparagowa – marynowane i w oliwie

A tu już nasza ulubiona Pizzeria da Simone.

Przyznam, że mimo tych pyszności, domowa jajecznica, we własnym domu, na masełku – też jest wspaniała.

PLAN NA RESZTĘ DNIA

Dziś środa – dzień wolny od zajęć dodatkowych. Żadnego basenu, żadnej piłki nożnej, żadnych tańców – nuda. Wampiry wrócą do domu o normalnej godzinie – będzie jeszcze jasno. Usiądą Wampiry na kanapie. Wypiją kawę albo herbatę. Później se normalnie ugotują obiad. Psychika się Wampirom wyprostuje. A jutro znów szaleństwo. 
Mam chęć zrobić wędliny. Dlatego dziś będę przyprawiać,  mielić,  peklować. Będzie rolowany boczek,  salceson,  mielonka i prasowanka z golonki. Będzie meksyk i rozpierducha w kuchni. Jaka jest dobra wiadomość?  Otóż jeśli mam chęci,  znaczy nie jest ze mną tak źle. 
Mam nadzieję nie zasnąć nad mięsem. Na mięsie też nie zasnę. 
Zła wiadomość – będą zdjęcia z przygotowań wędlin czyli najgorsze jakościowo zdjęcia w sieci. 
Dobra wiadomość – będą przepisy. 

GDY WAMPIRZY TATA WYLATA NA KONIEC ŚWIATA…

   

   Przychodzą takie tygodnie, że Wampirzy Tata musi polecieć w siną dal – na koniec świata, jak to ma miejsce teraz. Podróże takie trwają kilka dni a nawet kilkanaście. Zostaję wtedy z Wampirami sama. 

Proszę Tatę żeby mówił mi wcześniej o takich wyjazdach – rzadko są takowe nieplanowane bo wiza, hotel, pozwolenia itp. Gdy padnie komunikat: „wyjeżdżam na kilka dni, wypierz mi, proszę, koszule”, uginają się pode mną kolana i zaczynam się psychicznie nastawiać na to, że nie będzie Taty, a ja mam cały dom na głowie.
Ktoś powie: „phiii, wiele kobiet musi ogarniać dwójkę dzieci pod nieobecność męża.” Zgoda, ale one – w większości – robią to stale i mają wypracowaną technikę działania.
Ja jestem przyzwyczajoną do wygody, matką i żoną.
Ja nie wożę dzieci do szkoły, ja ich rano nie pucuję i picuje – robi to Tata.
Ja tylko wstaję o 5.00 rano, szykuję ubranie, robię śniadania: w domu i do szkoły, pakuję tornistry, sprawdzam czy o czymś Wampiry nie zapomniały i na koniec odbieram je ze szkoły.
Jeśli więc dochodzi mi odwożenie Wampirów do szkoły, to ja jestem zdruzgotana.
Budzenie Wampirów o 5.45 to koszmar – normalnie wstają przed 7.00. Wiadomo, że może się to skończyć fochem totalnym Córki i zrzędliwością – aż po płacz – Syna. 
Poniedziałek to trudny dzień od samego rana. Wampiry mają lekcje od 8.00 do 15.05 a później o 17.00 basen. Wracamy o 19.00 z uczuciem, że walec po nas przejechał. Ja – bo rano w stresie, że muszę zdążyć na pociąg i zrypana jak koń po westernie bo muszę obrobić dwójkę dzieci po pływaniu, wliczając zawsze mokre włosy Córki (dziwne jest to, że ona jako jedna ma – mimo czepka na łepetynie – mokre włosy od nasady po końce).
Wracamy do domu o 19.00 a tam w tornistrach zadane lekcje, czytanki i wierszyki. Wampiry ze zmęczenia pełzają po podłodze a ja – matka kat – nakazuję odrabiać lekcje.
Rozdrażnienie i zmęczenie robi swoje. Wszystko kończy się jednym wielkim krzykiem i wygonieniem do wyra bez odrobionych do końca lekcji.
Wtorek – nieco lżej ale też wywalony ozór bo Syn ma lekcję muzyki o 16.30. 
Po zajęciach zasiadamy do lekcji. Mi wygodniej gdy Wampiry są w salonie i odrabiamy wspólnie. Ale to się cholera nie sprawdza. Córka, charakterek mamusi, jest zła na cały świat, że musi pisać literki. Odbija się to na Synu, bo ona robi mu na złość podbierając kredki z jego piórnika. On krzyczy na nią i tylko patrzeć jak jej kiedyś pacnie. On krzyczy – a ona jeszcze bardziej robi mu na złość. 
We mnie wrze… Mam ochotę zamknąć ich w osobnych pokojach ale wtedy ja będę latać od pokoju do pokoju na każde zawołanie „Mamooooo”.
Synu odrabia lekcje w mig. Córce idzie trochę gorzej. Dużo czasu potrzebujemy, oj dużo.
Czas kolacji. „Nie będę jadł kanapek” – to stały tekst Syna. O matko, dodaj mi cierpliwości. Rozbestwiłam kolacjami na ciepło to mam.
Wymyślam: naleśniki, placki z cukinii, parówki zapiekane, kiełbasa na ciepło… 
Jest 21.00. Ja padam na pysk one jutro muszą wstać przed 6.00. 
Pobudka. „Mamo ja chcę spać!”, „Nie będę jadł kanapek na śniadanie”, „Ja chcę żeby Tata już wrócił”…
Ja też chcę… Kochanie, wracaj – póki one jeszcze żyją.

Jutro czwartek. Dzień bez basenu, nauki gry i innych rzeczy.
Jutro pojadę na ważenie do dietetyka, odbiorę w empiku pierwszą powieść Bondy – jedyną, której nie mam. Na poczcie czeka na mnie poradnik 

Odbiorę Wampiry ze szkoły i spędzimy cudowne popołudnie. A w nocy wróci Tata, który na sobotę szykuje Matce – czyli mi – NIESPODZIANKĘ.
Zawsze gdy wraca dostaję prezent ;-).

ALERGIA – TEMAT W WAMPIRZOWIE POWSZECHNY

   

zdjęcie pochodzi z demotywatory.pl

   Jestem alergikiem. Nie przebadanym alergikiem ale doktor google prawdę Ci powie.
Wiosną: katar, kaszel, swędzące oczy. Lato – gdy kwitnienie traw – wysypka przy bliskim z trawami kontakcie. Jesień i zima czyli przy okresie grzewczym, drapanie w gardle, napady kichania, wodnisty katar.
Oczywiście gdy człowiek nie badany, nie dostaje leków.
   Wampiry są alergikami – zbadanymi – choć testy trzeba powtórzyć i zmienić alergologa.
Objawy alergii wziewnej u każdego z Wampirów są inne.
Córka – czerwone oczyska, łzawienie, woda z nosa, chrypa po której następuje zapalenie krtani i objawy skórne: wysypka, liszaje i czerwone poliki.
Synu – sucha i gęsta wydzielina w nosie, częste pękanie naczynek krwionośnych, tendencja do zapalenia gardła i zatok.
W ich przypadku podawane są leki na receptę i sterydy jeśli jest potrzeba – czyli całą zimę.
W moim przypadku jest lipa, bo nie mam kiedy iść do lekarza.
W nagłych napadach alergicznych często korzystałam z leków dzieci. Jednak pediatra zaczęła wyliczać dawki i dla mnie nie wystarczało.
Stosowałam leki dostępne w aptece. Niestety wpływały na mnie usypiająco. Gdy brałam rano – spałam na biurku. Gdy brałam na noc – nie mogłam się obudzić rano.
Otumaniały i sprawiały, że moje samopoczucie było dupne.
Pani w aptece zaproponowała więc Allegrę. Produkt dobry ale brzucho wywalało od tabletek strasznie. Wzdęty brzuch, to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Zwłaszcza jeśli te tabletki miałam brać każdego dnia.
Szperając w necie, znalazłam produkty Claritine Allergy. Kupiłam syrop i chyba trafiłam w punkt (tu więcej o produkcie)
Skubaniec nie powoduje senności ani nie wpływa źle na samopoczucie. Ma brzoskwiniowy smak i nadaje się dla dzieci, których waga przekracza już 30 kg.
Głównym składnikiem jest loratadyna, która według Wikipedii:
„Ograniczając uwalnianie histaminy, loratadyna:
  • zmniejsza przepuszczalność naczyń oraz wydzielanie śluzu przez gruczoły błony śluzowej, a także zwęża naczynia, co powoduje zmniejszenie ilości wydzieliny nosowej oraz łagodzenie rumienia i obrzęku
  • sprzyja rozszerzaniu oskrzeli
  • redukuje kichanie oraz swędzenie błony śluzowej nosa i skóry.”
Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Loratadyna
Cena – koło 15 złotych. A efekt osiągnięty.