O KARMIENIU I NIEKARMIENIU PIERSIĄ CZYLI JAK TO BYŁO Z WAMPIRKAMI

   Pamiętam dzień w szpitalu, gdy doszłam już do siebie po cesarskim cięciu i przyniesiono mi Wampirki. Pielęgniarka położyła mi je na piersiach – każde po swojej stronie, a ja spodziewałam się, że one dorwą się do moich piersi a mleko samo popłynie. One tylko wtuliły się we mnie i spały. Z karmienia nic nie wyszło. Jakże byłam zawiedziona, że nie zaczęły ssać jak inne dzieci na oddziale.
Wampirki były wcześniakami i nie miały odruchu ssania. Pielęgniarka kazała dzieci dostawiać – a żeby pobudzić laktację odciągać pokarm laktatorem.
   Nikt nie przyszedł do mnie i nie wytłumaczył jak karmić niemowlaki. Nikt nie pokazał jak je trzymać. A ja nie chodziłam do szkoły rodzenia. Byłam na kilku indywidualnych spotkaniach z pielęgniarką, która nie poruszyła tematu karmienia niemowlaka i częstotliwości karmienia noworodka. Podobno miała mi to pokazać pielęgniarka laktacyjna.
   Wampiry były głodne. Spały bo były wcześniakami. Trzeba było je wybudzać żeby dostawić je do cyca, zdejmując im pieluchę. Kazano nam karmić dzieci mlekiem z kieliszka, w którym było 1-2 ml mleka – więcej nie mogłam odciągać. Moje piersi były jedną wielką gorączką. Jadłam maliny, przykładałam kapustę i płakałam z bólu odciągać pokarm co godzinę żeby guzy zeszły z piersi. Waga Wampirków spadała. Bilirubina rosła. Córkę trzeba było podłączyć do kroplówki. W końcu jedna z pielęgniarek powiedziała żebym pisemnie poprosiła o butelkę i sztuczne mleko bo dzieci umrą śmiercią głodową. Młode dopadły do butli żarłocznie.
   Wtedy dopiero zjawiła się pielęgniarka laktacyjna, która wyjaśniła jak karmić niemowlę, jak często karmić noworodka. Jednak Wampiry nie chciały już mojej piersi. Mleko odciągałam laktatorem. Pobudziłam laktację tak mocno, że nie musiałam karmić sztucznym mlekiem. 
   Pamiętam taki dzień: byłam już w domu z Wampirkami. Byłam sama. Synuś spał a Córcia obudziła się na karmienie. Przystawiłam ją do piersi z nadzieją, że może da się przekonać do ssania. Miałam dość laktatora. Chciałam, jak inne matki, karmić piersią, poczuć te endorfiny, które podobno uwalniają się podczas karmienia. Córka złapała cyca, pociągnęła kilka razy i wypuściła sutek z buzi. Mleko zalało jej buziaka i oczy. Każda ponowna próba dostawiania kończyła się fiaskiem. Nie chciała. Syn nawet nie chciał próbować.
Czy czułam się gorsza? Czy miałam wyrzuty sumienia? Zazdrościłam innym matkom?
Na początku tak. Później uznałam, że skoro karmię własnym mlekiem to i tak sukces przy bliźniętach. Karmiłam do ukończenia przez Wampirki 1,5 roku. 
   Gdy wrzuciłam temat karmienia niemowlaka piersią i jak często karmić niemowlę na moje prywatne facebookowe konto, zawrzało. Są kobiety, dla których karmienie piersią jest najpiękniejszym przeżyciem, są takie które uważają to za koszmar. 
Gdy czytam: „Najpiękniejsze co mi się w życiu przytrafiło. Tęsknię za tą ruszającą się główką szukającą na ślepo cyca”,  to mam łzy w oczach. Ale gdy czytam wypowiedzi, że to koszmar, trauma – to rozumiem i taką opinię bo ja też nie mam dobrych wspomnień.
   Nie jestem specjalistką od laktacji i karmienia piersią. Wiem też, że w szpitalu nie zawsze pielęgniarka laktacyjna jest dostępna. Ale może przyszłym mamom pomoże ten artykuł.
A na koniec cytat z dyskusji na temat karmienia niemowlaka piersią, który powinna przeczytać każda kobieta niemogąca karmić lub kobieta, która zdecydowała, że karmić nie będzie:
„Ja nie karmiłam piersią i więź Ojca z dzieckiem od pierwszych chwil niezastąpiona. M bardzo chciał karmić nasze kruszki. Pamiętam jedno ze zdjeć jaki im zrobiłam,Malutka przy sercu, nos w nos z Tatą , butelka i spocone oczy Tatołaka. Ale o tym artykułów się nie pisze…”    

SPEŁNIENIE MARZENIA TATY CZYLI ZUPA WĘGIERSKA GULASZOWA

   Kilka dni temu Wampirzy Tata poprosił żebym spełniła jego trzy marzenia kulinarne bo dawno nie przygotowywałam tych potraw.
Pierwsze, to sałatka warzywna. 
Drugie – fasolka po bretońsku.
Trzecie – zupa węgierska.
Wykorzystałam nieobecność Wampirzątek w sobotę, zabrałam się do pracy.
Do przygotowania zupy potrzebne mi było:
1,2 kg mięsa wołowego gulaszowego,
20 – 30 dag boczku wędzonego, który pokroiłam na cząstki,
2 litry wywaru warzywnego, do którego użyłam marchewkę pokrojoną w plasterki, pietruszkę, por i przyprawy: liść laurowy, ziele angielskie, pieprz, sól,
2 cebule pokrojone w kostkę lub w piórka,
czosnek (ile kto lubi),
4 czerwone papryki, 2 żółte,
1 litr przecieru pomidorowego,
ziemniaki pokrojone w kostkę,
przyprawy: sól, papryka ostra, papryka słodka, kminek mielony.
Najpierw ugotowałam wywar warzywny. 
Na patelni usmażyłam boczek. Na tłuszczu, który wytopił się z boczku usmażyłam wołowinę z cebulą i czosnkiem. Dodałam do wywaru i zalałam przecierem pomidorowym.

Paprykę przekroiłam na pół, oczyściłam z nasion i wstawiłam do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na funkcję grill. Robię tak żeby zdjąć skórę. Nie lubimy farfocli ze skór pałętających się po talerzu. Paprykę wyjmuję gdy skóra się przyrumieni. Wkładam do garnka i hartuję zimną wodą. Skóra schodzi pięknie i szybko. Nie radzę „przeciągać” papryki, bo puści sok i się zwyczajnie ugotuje. Trudno wtedy ją obrać i szkoda tego soku bo przecież on daje smak papryki potrawie.

Kroję paprykę w kostkę i wrzucam do gara. Przyprawiam solą i papryką. Duszę pod przykryciem około godziny. Mięso musi być miękkie. Lubimy zupę węgierską następnego dnia kiedy smak wszystkich składników się połączy. Dlatego dopiero następnego dnia, przed podaniem, dokładam ziemniaki pokrojone w kostkę.
Zupę można podać z białym pieczywem. 
Smacznego.  
P.s. zdjęcia są zaparowane – niestety fotograf ze mnie dupny.

CZASAMI LEPIEJ SIĘ NAPIĆ…

   Kiedy ciocia Wampirów zaproponowała, że w piątek zabierze je do siebie na nockę, wiedziałam że nie będę siedziała w domu. 
Tata miał służbowe spotkanie i zapowiedział, że pożytku do soboty wieczór z niego nie będzie – nie było sensu siedzieć w domu. Tym bardziej, że ostatnio – jakieś 2 lata – nigdzie sama nie wychodziłam. Nie to, że nie mogłam. Zwyczajnie nie lubię wychodzić z domu i zostawiać Tatę i Wampiry. Świetnie czujemy się w swoim towarzystwie i lubimy spędzać wspólnie czas, a gdy Wampiry idą do wyrek, we dwoje też świetnie się bawimy. Jestem domatorką z jednego powodu – mam daleko do miasta. Po drugie – ostatnie miesiące sprawiły, że nie bardzo mieliśmy ochotę na spotkania towarzyskie, zabawy i śmiechy.
   Zatem gdy tylko sprzedaż Wampirów na piątkową noc została potwierdzona, namówiłam przyjaciółkę na wyjście z domu na plotki i dobre jedzonko.
  Poszłyśmy do jednego z klubów, w którym można zjeść pyszne jedzenie. Tego dnia wieczorem miał się odbyć koncert miejscowego zespołu. Pojadłyśmy 

i postanowiłyśmy zostać na tym koncercie. Wszystko byłoby ok gdyby nie to, że nie mogłam tego dnia pić alkoholu bo byłam kierowcą. 
No i tu padną zapewne komentarze, że bez alkoholu też można się świetnie bawić. 
Oczywiście, że można. Ale nie polecam tego typu pomysłów realizować gdy jest się jedyną na sali osobą niepijącą.
Myślałam, że jestem agresywna gdy wypiję coś mocniejszego. Otóż, jak się okazuje, gorzej jest gdy jestem trzeźwa.
   Wkurw nr 1 pojawił się, gdy na scenę wyszedł zespół. Zespół obchodził drugą rocznicę powstania i zaprosił z tej okazji do klubu swoich znajomych. Znajomi, w liczbie około czterdziestu osób, pierwszą część koncertu przegadali, drugą – przekrzyczeli. Zapewne już działało morze piwa, które wyżłopali. Miałam ochotę zabrać mikrofon wokaliście i powiedzieć, w jego imieniu, że dziękuje on za brak szacunku do jego zdzieranego dla nich gardła. Chłopak ze świetnym zachrypniętym głosem musiał przekrzykiwać towarzystwo. Masakra.
   Wkurw nr 2 – gdy obok mnie stanęła laska (też pod wpływem) i koniecznie łokciem chciała mnie zrzucić z mojego stołka barowego. Gdy wyszłam do toalety, bez krempacji wlazła na stołek i nie bardzo chciała z niego zejść gdy wróciłam. 
Jeden z tekstów stojących obok kobiet: „powiedział, że mu to wisi, to mu odpowiedziałam żeby spierdalał”.
Na koniec nie było już wkurwu tylko śmiech. Po koncercie rozpoczęła się dyskoteka. Podobno to się teraz inaczej nazywa. Jak powiedział DJ – nieco starszy ode mnie – dyskoteki były w latach osiemdziesiątych.  
Nie pijąc miałam „oko” na salę. Średnia wieku w klubie to jakieś 40-45 lat. Więcej kobiet niż mężczyzn. Kobiety odstawione (w sensie czerwone usta, szpilki i mini), same i sprawiające wrażenie, że przyszły na łowy.
Tak, wiem – my we dwie też byłyśmy same. Ale my w dżinsach i w adidasach – bo przecież nie poszłyśmy na tańce, tylko na pogaduchy. A że się trochę przedłużyło – no tak bywa.
Ale wróćmy na salę.
Panie – już pod mocnym wpływem – zaczęły wyginać swe ciała. Pod ścianą garstka nieco młodszych panów (jakieś 25-30 lat). Panie, widząc panów zaczęły się nieco mocniej wyginać, panowie przystąpili do łowów. Panie, wyglądające na swój wiek i kokietujące trzydziestolatków wyglądały komicznie. Jak dowiedziałyśmy się z dedykacji, panie były urzędniczkami jednego z włocławskich urzędów.
Kolejna scenka, która zwróciła moją uwagę tylko dlatego, że Viola stwierdziła, że podobno – cytuję: „jak facet fajnie tańczy, to jest tak samo fajny w łóżku”. O matuchno! 
Facet wyglądający jak jabłuszko, spodnie opadające mu na pół pośladków przy każdym zejściu w dół (w tańcu oczywiście), mimo że fajnie tańczył – nie był tym, z którym chciałabym spróbować tańca w łóżku. Ten ukazujący się mym oczom widok nagich pośladków obcego chłopa, utwierdził mnie w przekonaniu, że mam w domu zajebistego faceta a sama myśl o seksie z jakimkolwiek obcym facetem, sprawia że mam mdłości.
   Wyszłyśmy o 23.00. Dojechałam do domu, nalałam sobie cytrynówki produkcji Taty i dostałam napadu śmiechu. Pomyślałam, że chyba jednak się starzeję. I następnym razem nie będę obserwować ludzi i podsłuchiwać ich rozmów. Albo zwyczajnie machnę kamikadze żeby być na poziomie pozostałych. Oby tylko wtedy nie trafiła się trzeźwa jednostka, która napisze podobny tekst o mnie. 
Po przeczytaniu tekstu, doszliście do wniosku, że mam napaprane w głowie, starzeję się, jestem marudna, pmsa mam albo jeszcze coś innego? To znaczy, że nigdy nie byliście na imprezie jedyną niepijącą jednostką.
Następnym razem jadę taksówką. 

BUDZIKOM ŚMIERĆ…

Jutro poniedziałek. 
Znów nastawię budzik na cały tydzień, na godzinę 5.10

Zastanawiam się czy tylko ja tak mam, że gdy budzik dzwoni – ja go w łeb i idę dalej spać. Też tak robicie?

A gdy wstajecie to jest pęd?
Nie cierpię tego. Latem daję radę wstać z budzikiem – bo o 5.10 jest już jasno. Ale od września – masakra. Sezon na „daj budzikowi w łeb i śpij dalej” uważam za otwarty.
Oczywiście gdy wstaję z 30 minutowym opóźnieniem, to doskonale się wyrabiam – ale kurde, ile mnie to kosztuje nerwów. Bo ja rano nie tylko wstaję, ubieram się i wychodzę.
Zastanawiałyście się ile rzeczy od rana robicie zanim wyjdziecie z domu? Zwracam się do pań bo kompletnie nie mam pojęcia, co robią faceci gdy wstają. Znaczy ja wiem, co robi mój mniej więcej w 20%. Wolę nie pytać o resztę bo jeszcze żal by mi się go zrobiło i zaczęłabym mu – na przykład – prasować znów koszule.
Ja, Matka zaczynam od czyszczenia kuwety kota, który jak słyszy budzik, to obowiązkowo idzie do kuwety żeby sobie miejsce w żołądku zrobić na żarełko.
Później na śpiku robię podwójne espresso. Przy trzecim łyku otwieram gały. 
Zaliczam toaletę, jednocześnie sprawdzam pocztę, wchodzę na fb, instagram, sprawdzam prognozę pogody i czas leci. Później mycie, kremik na twarz. Następnie zebranie czystego prania z suszarki (bo wieczorem już się Matce nie chciało) i wywieszenie prania, które zrobiło się w nocy.
Później śniadanko dla Wampirów do konsumpcji w domu, śniadanie do szkoły, owoce i lekarstwa. 
Matka kończy makijaż i się ubiera. I w tym momencie budzą się Wampirki. Uściski, całuski i mimo tego, że już powinnam być w drodze – ścielenie łóżek. Wylatam do garażu z pięciominutowym spóźnieniem i błagam w duchu żeby nie było korków, wypadków i policji albo żeby ten znienawidzony przeze mnie pociąg, miał opóźnienie. Oczywiście zawsze mam alternatywę jazdy autem do pracy. Ale nie lubię. Auto to ostateczność. Zawsze mam wizję „złapanej gumy”. Nigdy nie zmieniałam koła i przyznam, że chyba wolałabym iść do pracy pieszo 30 km, niż dopuścić się do zmiany brudnego koła. Zawsze gdy dojadę do pracy, oddycham z ulgą. No nie lubię – i już. 
Odnośnie spóźnień na dworzec -zdarzyło się mi się dzwonić do koleżanek żeby błagały konduktora o minutę spóźnienia – bo przecież ja już prawie jestem.
Schemat poranka opisany wyżej rozłożony jest na półtorej godziny. No – to teraz wyobraźcie sobie, jak to jest gdy wstaję o 6.00 ;-).
Od jutra, przez pięć kolejnych dni, obowiązuje dobroć przewoźnika kolejowego i pociąg odjeżdżać będzie 20 minut później. Spokojnie będę mogła dać w łeb budzikowi i zaspać. 

GDY „GAŚNIE” ŻYCIE…

   Stało się. „Zgasło” życie. 
I choć wszyscy wiedzieli, że to może się stać każdego dnia, to tak na prawdę nikt nie był gotowy. Bo kto gotowy jest na śmierć bliskiej osoby? Nawet wtedy gdy widzisz chorobę, która wyniszcza, na którą nie ma lekarstwa – to łudzisz się, że może jeszcze nie teraz, że kolejne kroplówki dadzą siłę, że jeszcze jest szansa na przedłużenie życia o kolejnych kilka tygodni, miesięcy. Nie oswajasz się z myślą, że osoba którą kochasz nagle zaśnie. Patrzysz na chorą i widzisz cierpienie. Z jednej strony myślisz – jak zgaśnie jej życie, nie będzie czuć bólu. Ale z drugiej – chcesz walczyć o każdą chwilę życia by być jak najdłużej przy niej, móc dotknąć, powiedzieć jak bardzo kochasz. 
Dorosłemu trudno przez to przejść, myśleć że kiedyś śmierć nadejdzie. A co gdy na chorobę i cierpienie patrzą dzieci?
   Czytałam wiele tekstów o tym jakie to teściowe są wredne. Czytałam komentarze pod takimi tekstami – pełne jadu, nienawiści synowych, prześladowanych i tłamszonych przez teściowe.
Myślałam sobie wtedy, że ja chyba miałam wyjątkowe szczęście. Bo moja teściowa (brrr nie znoszę tego słowa) to ktoś, na kogo zawsze mogłam liczyć. Dobra dusza, dobry człowiek. Bardzo pomogła mi przy wychowywaniu Wampirów. Była przy nich od pierwszych chwil. Zrywała się nad ranem by móc być ze mną i pomagać mi przy dzieciach. Wracała do domu późnym popołudniem – by znów rano przyjechać. Nie musiała. Ale bardzo chciała. Później gdy wróciłam do pracy zajęła się nimi tak, jak nie zajmuje się czasami własna matka. 
Poświęcała czas Wampirom czytając, ucząc samodzielności, pokazując jak trzymać kredkę, jak malować farbami. Siedziała na podłodze układając klocki, puzzle.
Gdy zachorowała, Wampiry miały 2 lata i 8 miesięcy. Były odpieluchowane i odsmokowane. Same jadły łyżką i widelcem. Były pierwsze próby krojenia miękkich potraw. 
Poszły do przedszkola. I wtedy zrozumiałam jak wiele pracy i serca mama włożyła w wychowanie Wampirów. Panie były zdumione ich aktywnością, znajomością czytanych bajek, umiejętnością zapamiętywania i zdolnościami manualnymi. Byłam mamie wdzięczna. I tak bardzo wtedy się o nią martwiłam. 
   Gdy po operacjach i chemiach doszła do siebie, zawsze miała czas dla swoich kochanych wnucząt. Spędzała z nimi każdą możliwą chwilę. Wampiry lubiły u niej nocować. Wygłupom nie było końca. W marcu dowiedziała się, że znów choroba wróciła – zapragnęła spędzić z wnukami wakacje nad morzem. Lekarz ustawił jej chemie tak by mogła pojechać… 
Dzieci były takie szczęśliwe.
Później było coraz gorzej.
Wiecie jakie pytania zadaje sobie matka dzieci, których ukochana babcia jest coraz słabsza?
JAK ROZMAWIAĆ O TYM Z DZIEĆMI?
   O chorobie babuni Wampiry wiedziały. Wiedziały o każdym pobycie babci w szpitalu. Tylko, że babcia po chemiach zawsze „zdrowiała”, wracały jej siły, uśmiechała się.
Ale nie tym razem. Tym razem była słaba. Musiały się zmierzyć z widokiem babci zmienionej chorobą. 
Tuliły się do niej, wyznawały miłość a ja… a ja myślałam, co im powiem gdy ona odejdzie.
   Każdego dnia była słabsza a ja każdego dnia wprowadzałam w nasze rozmowy temat śmierci i choroby. Choć miałam zaciśnięte gardło i chciałam wyć, to musiałam zebrać w sobie tyle siły by uświadamiać ich, że babcia jest tak chora, że już chemia jej nie pomoże. Pamiętam każdą z tych trudnych rozmów. Pamiętam pytanie Syna: mamusiu, czy to znaczy, że babcia może umrzeć? I moją odpowiedź z oczami pełnymi łez – TAK. 
Chciałam być twarda. Ale nie umiałam. 
W sobotę, gdy czuwałam przy jej łóżku, patrzyłam jak odchodzi i czułam, że widzę ją ostatni raz…
Gdy usłyszałam rano wiadomość wzięłam Wampirki do pokoju i powiedziałam, że babcia umarła. Poleciały do Taty i mocno go tuliły. Płakaliśmy wszyscy. 
Córka wyszła z domu i chodziła w ogrodzie układając sobie to wszystko w głowie. Syn zamknął się w sobie i poszedł się bawić. 
Różne są reakcje dzieci. 
Następnego dnia poruszyłam temat pogrzebu. Naczytałam się tyle o tym czy dziecko powinno uczestniczyć w uroczystościach czy nie, że miałam straszny bałagan w głowie.
Zapytałam. Córka chciała. Syn – nie. Córka po reakcji Syna zmieniła zdanie. 
Pani psycholog powiedziała, że muszą podjąć decyzję same. Podjęły. Nie poszły.
Córka: Mamo, wiesz czego mi będzie najbardziej brakowało?
Ja: czego żabko?
Córka: przytulenia babci…
Syn: a mi tych sosików, co babcia robiła…
Córka: Mamo, ja nie chcę iść na ten pogrzeb gdzie ludzie płaczą. Ja chce iść na ten grób, jak już wszyscy pójdą. Zabierzesz nas ze szkoły, kupimy babci kwiatka i świeczkę i wtedy nas tam zawieziesz…
Ja (zryczana): dobrze, tak będzie.
I tak było…   
Nie bójcie się rozmawiać z dziećmi o chorobie, śmierci i ostatnim pożegnaniu. Dzieci są mądrzejsze niż nam się wydaje. Słuchajcie własnego serca, nie słuchajcie podpowiedzi „ja to bym…”. Sami znacie własne dzieci, dajcie im wybór… Pokazujcie im świat takim, jaki jest. Pozwólcie im zrozumieć śmierć. Pozwólcie oswajać się z tym co nieuniknione.