PO CO LUDZIOM RODZINNE PIKNIKI

zdjęcie pochodzi z http://sp21sosnowiec.republika.pl/
   Taki szybki tekścior napisany pod wpływem tego, co Matka zobaczyła dziś i nadal wyjść z podziwu nie może.
   Dziś w firmie Taty coroczny Piknik Rodzinny. Jak zwykle świetnie przygotowany, zwłaszcza pod względem atrakcji dla dzieci.
Dmuchane zjeżdżalnie, konkursy z wypasionymi nagrodami – Synu wygrał słuchawki, Córka latawca i grę edukacyjną do nauki języka angielskiego.
Logistycznie też super – namioty chroniące przed prażącym dziś bardzo słońcem, parasole i straż pożarna polewająca dla ochłody.
Był nawet ambulans z ratownikami medycznymi. 
Ale co najważniejsze dla ludu – jedzenie!
Na bilecie imiennym dorosłych wyszczególnione: grochówka z bułką, żurek, karkówka z grilla, udo z kurczaka, mielony z bigosem, piwo x 2 z nalewaka, piwo x 2 puszka, 1 x 1,5 litra Ice Tee, 1 x 1 litr Pepsi.
Na bilecie dla dzieci: żurek, kotlet drobiowy z surówką, hot dog, gofry, 2 x Kubuś, 2 x mineralna Kubuś.
Do tego wata cukrowa i woda mineralna Selenka – bez ograniczeń.
Wypas! Jak co roku.
Nie zawsze Wampiry biorą udział w tym wydarzeniu. Rok temu Wampirów nie było. W tym roku, ze względu na dzieci, Wampiry dopisały.
Zabawa była fajna – zwłaszcza dla Córki, która z Tatą i Wujkiem korzystała z atrakcji. Synu siedział ze słuchawkami w uszach i słuchał koncertu Hey w Tatowym telefonie.
A Matka obserwowała i zastanawiała się po co ludziom duże torby.
Impreza zaczęła się o 13.00. Wiadomo – pora obiadowa. Ludziska rzucili się na jedzenie, kolejki duże ale szło sprawnie. 
Na pierwszy ogień poszły zupy. Dwie do wyboru. Każdy brał po dwie – bo grochówkę wydawali tylko do 17.00. I szkoda żeby zabrakło. Matka myśli, że tą ilością grochówki i żurku najadłoby się kolejne 500 osób. Ale mentalność jest inna – trzeba brać bo nie wystarczy.
No i w tym momencie Matka widzi, po co ludziom torby! W tych torbach są POJEMNIKI! A Matka głupia myślała, że ludzie zjedzą na raz obie zupy. O jakże się Matka myliła. Jedna zupa do żołądka, druga w pojemnik.
To samo z mięsiwem. Jedno danie do żołądka – pozostałe w pojemniki. Do tego całe torby bułek. Wyobraźcie sobie, że nie wszyscy pracownicy dopisali, więc zapewne oddali swój przydział jedzenia kumplom z pracy. Matka stała w kolejce za kobietą, która brała 10 udek z kurczaka. Nie sądzę by miała tak liczną rodzinę.
Ale hiciorem było piwo! Ludzie brali piwo z nalewaka i przelewali je w plastikowe butelki po mleku albo po innych napojach.
Wodę mineralną ludzie wynosili całymi zgrzewkami.  
Wampiry swojego przydziału nie wykorzystały. Piwem się Matka z Wujkiem i Ciocią podzieliła. I teraz Matka się zastanawia czy błędu nie popełniła bo mogła tę karkówkę i mielonego pod pachę wziąć, zupę przelać w plastik po piwie. Obiad byłby na jutro jak ta lala.
W głowie Matka ma pytanie: czy to mentalność czy bieda? Może nie powinna się Matka dziwić. W końcu jak dają, to trzeba brać.      

WAMPIRY O ANIOŁACH

   Zastanawialiście się kiedyś jakie życie wiodą Anioły? Jak wygląda ich dzień, jakie mają problemy?
Iwona Czerkowska wpadła na pomysł by pokazać młodym czytelnikom losy kilku Aniołów i napisała serię pt. Anielscy z Niebieskiego, opatrzoną rysunkami Kasi Kołodziej, która uwielbia tworzyć anioły.
W serii ukazało się już pięć pozycji. Każda książeczka to los innego anielskiego dziecka.
   Niebieskie to „miasteczko”, w którym żyją anielscy. Anielscy przypominają ludzi, mają ich cechy ale mają coś, co ich od nas różni – małe skrzydła, które z łatwością można schować pod ubraniem. 
Dorośli w Niebieskim pracują, dzieci chodzą do szkoły. Jednak co jakiś czas ogłaszane są alarmy. Wówczas anielscy pakują się w pośpiechu i lecą na ziemię ratować ludzi z tarapatów. Bo ludzie listy do Niebieskiego piszą z prośbą o pomoc.
Dzieci zostają wówczas pod opieką innych anielskich. 

Wampiry dysponują dwiema pozycjami z serii.
Pierwsza to Balbinka, pechowa anielinka. Druga – Tymek, magik czy anielinek. 




Balbinka to dziewczynka, która uważa, że ma ogromnego pecha. Boi się potworów i czarnych kotów. W szkole nie najlepiej jej się wiedzie. Obawia się, że nie otrzyma na koniec roku szkolnego, w nagrodę, niebieskich skrzydełek. Gdy rodzice wyjeżdżają na alarm trzeciego stopnia, opiekunką Balbinki staje się Analogia Miętusik oraz Żurawiusz Mrówka. Nie są oni anielskimi ale to dzięki nim i dziewczynce o imieniu Krewetka, Balbinka przeżywa swoje przygody.

Tymek to anielinek, który chce zostać magikiem bo chce sprowadzić do domu tatę albo wyczarować śnieg, którego nigdy nie widział. Przypadkowo staje się posiadaczem księgi z zaklęciami…

Balbinka i Tymek wzbudzają sympatię. Wampirki lubią te książeczki bo akcja w nich jest wartka. Gdy zaczynamy ją czytać, musimy przeczytać całą. Często do nich wracamy.

Książeczki są dość obszerne. Każda ma około 150 stron. Polecam je zatem dla dzieci, które potrafią skupić dłużej uwagę. Tym bardziej, że trudno oderwać się i zostawić kolejny rozdział na następny dzień – Matce trudno.
Wampiry „czytają” już tylko takie długaśne pozycje więc dla nas super.

Wydawnictwo MUZA
Format 128 x 200 mm
Pozycja polecana przez Qlturka.pl 

  

WAMPIRY ZWIEDZAJĄ RZYM NA WŁASNĄ RĘKĘ – DZIEŃ PIERWSZY.

Matka wróciła.

Jeśli ktoś nie zauważył – informuje Matka, że zaginęła w akcji na jakieś dwa tygodnie. Było to zaginięcie planowane. Czyli pełna premedytacja. 
Gdybyście mieli takie plany, jak Matka – też byście zaginęli.
RZYM.
Matka dostała go w prezencie na czterdzieste urodziny. 
Nie, nie mówi Matka o nabyciu wsi, osady, kolonii:
Matka mówi o Rzymie – stolicy Włoch. Matka dostała fundusze na wycieczkę do Wiecznego Miasta od rodziny i zapragnęła wraz z Tatą Rzym zdobyć. 
Tata kupił bilet i znalazł urocze mieszkanie 😀
Matka na początku chciała zaplanować każdy dzień pobytu ale za namową Taty zrezygnowała. Tata oznajmił, że trzeba zobaczyć Koloseum, Forum Romanum i Watykan. Resztę zobaczymy przy okazji łażenia uliczkami.
Nie wspomni Matka, że o mały włos Wampiry zostałyby w domu bo się Syn zdrowotnie rozłożył. Nie wspomni także, że serce pękało, że ona jedzie a dzieci zostają na całe 4 dni – miały się zapłakać, zatęsknić i mówić tylko o tym, jak bardzo im Starych Wampirów brakuje.
Po tej histerii i obawach, Matka zatargana przez Tatę siłą do auta, w chłodną, deszczową sobotę wyleciała z portu lotniczego w Modlinie do Rzymu.
Ostrzeżenie – jeśli lecicie z Modlina, weźcie swoje kanapki.
Tak parszywego jedzenia nie jadła Matka nigdy. I to, kurde, za sporą kasę. No ale węża z kieszeni Wampiry zostawiły w domu i niczego sobie nie żałowały – nawet parszywego żarcia za duże pieniądze.

Koło północy Wampiry wylądowały na lotnisku Ciampino, skąd właściciel mieszkania – Franco (przeuroczy Włoch), zatrzymując się po drodze żeby kupić wino i pizzę, zawiózł Wampiry na Via Costantino Marmocchi. W mieszkaniu pod cudowną nazwą Latający Amorek czekał na Matkę bukiet pachnących piwonii. 

Wampiry po zakrapianej winkiem pizzy, padły w wyrze z baldachimem, zakładając że muszą się wyspać więc budzika nie włączają.
O 8.00 Matka otworzyła oczy, podeszła do okna i otworzyła okiennice. Na wprost niej, w domu naprzeciwko, również otwarte było okno i okiennice. Była niedziela. Starsza kobieta krzątała się w kuchni, głośno rozmawiając ze swoim mężem. To była melodia na duszę Matki. O tym marzyła – usłyszeć włoski język, te legendą owiane głośne rozmowy rodzinne. Włoski język śpiewany jak najpiękniejsza melodia. A do tego zapach smażonego boczku, którego nazwę włoską Matka wyryła w pamięci gdy pierwszy raz posmakowała to cudo – PANCETTA. Matka poczuła głód.
Na darmo jednak szukały Wampiry o 9.00 rano, w niedzielę, otwartej knajpki. Jedno na co trafili, to kawiarnia pełna kobiet. Zero mężczyzn. Same, dyskutujące przy stolikach, kobiety. W różnym wieku. Każda piła kawę. Leniwie. Jakby czas się zatrzymał.
Matka poprosiła o caffe macchiato i croissanta z miodem – czuła, że następny posiłek zje w porze obiadowej.
I tu Matka rozpłynie się na chwilę – takiej kawy nigdy Matka nie piła. Kawa pita w Rzymie sprawiła, że Matka nigdy nie wypije już żadnych latte, cappuccino czy innych wynalazków. Matka pije teraz tylko mocne espresso z odrobiną mleka lub espresso.
Po takim lekkim posiłku, Wampiry udały się w poszukiwaniu środków komunikacji miejskiej. Zaplanowali Koloseum i Forum Romanum. Powstał jednak problem. W ich dzielnicy, w niedzielę, w żadnym sklepie, w żadnym kiosku, nie było biletów. Wampiry nie miały też 3 euro na automat. Więc ruszyły Wampiry z buta. Z pomocą nie kumających po angielsku Włochów, dotarły Wampiry do metra i znalazły się na stacji Colosseo. Wrażenie jest niesamowite gdy wychodzisz a przed Tobą to cudo

   
   Jednak zadecydowały Wampiry – widząc kolejkę do Koloseum, że pójdą zobaczyć Forum Romanum. Tam było mniej ludzi, szło jakoś sprawniej. Wampiry weszły i przeniosły się do czasów, gdy to miasto tętniło życiem.

Żeby nie było, że Wampiry żywiły się tylko słońcem i kulturą starożytnego Rzymu, Matka poleci pyszne pasty pod Koloseum (10 – 14 euro), piwo duże, wino i lody.
Po zwiedzaniu punktu dnia, Wampiry zapuściły się w gąszcz uliczek. Nie bójcie się – w Rzymie nie można się zgubić. Wszystkie uliczki prowadzą na jakiś główny plac, który z łatwością odnajdziecie na mapie. A z placu bez problemu dostaniecie się do metra czy autobusu.
Gdy tak Wampiry się puściły, wlazły do metra i wyszły na placu, na którym ukazała się piękna fontanna a za plecami schody hiszpańskie, które Matkę rozczarowały. Witryny sklepów Diora i Prady zasłonięte tak, że nie było widać wystroju okien. No Matka szału nie doznała. 

Przykro się Matce zrobiło gdy zobaczyła Fontannę di Trevi w remoncie. Oszklona, z kładeczką, plac pełen ludzi, że trudno się przedostać.

 Ruszyły jednak Wampiry dalej bo spragnione były. Szukały miejsca na kieliszek winka. Przycupnęły Wampirki i ruszyły dalej. Ale do tego miejsca Matka jeszcze wróci w następnej odsłonie Rzymu. Tu spotkało bowiem Matkę: po pierwsze – zaskoczenie, po drugie – radość dla oczu na widok tego, co w lodówce. 

 Maszerując dalej, Wampiry trafiły na uliczkę gdzie Dżepetto strugał piękne rzeczy z drewna a nieopodal pan dziergał fartuszki.  

 Kolację zjadły Wampiry w fajnej knajpce, którą upatrzyły sobie na kolację urodzinową. Zmęczone Wampiry, późną nocą, wsiadły w autobus 81 i dojechały do domu. Nie wiadomo kto padł pierwszy. Wiadomo, że następny dzień miał być równie udany…