WAMPIRZA MATKA ROBI ŚLEDZIE W OLEJU

Niezbędne produkty to oczywiście śledzie majtasy – wymoczone chwilkę, cebula,  olej,  oliwa z oliwek, pieprz,  świeży rozmaryn i wino. 
Ja zawsze zaczynam od ostatniego składnika. Jest to jednak dla osób doświadczonych w kuchni ponieważ wino może być przyczyną samookaleczenia przy krojeniu cebuli. Ale praktyka czyni mistrza. Zdradzę Wam,  że najlepsze śledzie robię po lampce wina.
Wykonanie jest proste:
1/ śledzie matjasy wymoczone chwilkę w wodzie, kroję w paseczki,
2/ cebulkę kroję w kostkę,
3/ gałązki świeżego rozmarynu dzielę na mniejsze,
4/ na spód słoja układam najpierw cebulkę, polewam oliwą i olejem kładę rozmaryn i odrobinę pieprzu mielonego. Na to układam warstwę śledzia i znów cebulkę zalewam oliwą i olejem, przekładam rozmarynem i pieprzem.
Czasami dodam ostrej papryki, czasami estragon. 
Odstawiam na 3 dni żeby cebulka zmiękła i nabrała aromatu. Po 3 dniach jest pycha. 

JAK WAMPIRZA MATKA CHCIAŁA DBAĆ O SWÓJ CZTERDZIESTOLETNI CELLULIT…

   

1 marca rano wstałam, w lustro spojrzałam i stwierdzam, że nic się nie zmieniło. Nic a nic. Zmarszczki te same – nic więcej poza tymi, które miałam poprzedniego wieczoru. Blask w oczach ten sam. 

Minął miesiąc od czterdziestych urodzin Wampirzej Matki. Słyszę wkoło, że powinnam o siebie zadbać. Weszłam więc na portal dla kobiet po czterdzieste. Na głównej stronie dopadły mnie hasła: IMPOTENCJA, ZAKRZEPICA ŻYŁ, OTYŁOŚĆ, CELLULIT, MENOPAUZA. 
Jęknęłam. Jednak jestem stara.
Postanowiłam brnąć dalej. Chciałam zobaczyć jak mam dbać o moją starą, zwiotczałą cerę i ten obleśny cellulit. Do otyłości przywykłam (zresztą Wampirzy Tata lubi jak mam trochę więcej tu czy tam) a menopauzę i zakrzepicę żył zostawię specjalistom.
Na WP znalazłam 7 domowych sposobów na cellulit. Dodam na początku, że jestem nygusem jeśli chodzi o czytanie w internecie – z tej prostej przyczyny, że jako starej kobiecie wzrok się mi psuje i te małe literki mnie wkurzają. Widzę te większe. Zatem pierwsza porada:
KAWA – kofeina rozszerza naczynia krwionośne. No i super. Lubię kawę. Piję dwie dziennie. Kiedyś nawet wmuszałam w siebie zieloną. Ale nie zauważyłam żeby cellulit się zmniejszył. Cera jednak się poprawiła. Zieloną kawę polecam – choć obrzydliwe i śmierdzące to blleeee.
GUARANA – nigdy na żywo, na oczy tego zwierza nie widziałam. A gdyby nawet, to co miałabym z nim zrobić? 
ZIMNY PRYSZNIC – oooo to czasami się zdarza, że ktoś przede mną zużyje całą ciepłą wodę. Teraz już wiem, że to z dbałości o mój cellulit.
MASAŻE – oj Wampirzy Tato czas zadbać o żonki ciałko.
POSTAW NA RUCH – jeśli liczy się bieganie po domu z mopem i odkurzaczem, to cellulitu już nie powinnam mieć.
WODA – no niestety w dużych ilościach powoduje u mnie wzdęcia i przepełnienie pęcherza w najmniej oczekiwanych momentach. Na przykład w spożywczaku, w kilometrowej kolejce do kasy.
Ostatnia rada dotyczy częstotliwości stosowania domowych sposobów. Można stosować dwa razy w tygodniu ale z umiarem bo wcale nie jest powiedziane, że te metody nie zaszkodzą. 
Można oczywiście zastosować metodę Dżołany (to ta modelka, która fatalnie mówi po polsku) i wydawać 8.000 złotych miesięcznie na zabiegi wypłukiwania tłuszczu technologią Proshock Ice oraz mechanicznemu masażowi Icoone.

Można ale ja chyba jednak wolę mieć swój cellulit i mieć więcej czasu dla rodziny i dlatego pokochałam to coś – chyba z wzajemnością.
A do pielęgnacji cery kobiet po czterdziestce jeszcze wrócę. 
zdjęcie pochodzi z portalu http://polki.pl/

PRZED ŚWIĘTAMI – ZAKUPY…

Lubicie święta?

Wampirza Matka uwielbia. Wampirzy Tata też. A najbardziej lubią gdy mogą usiąść przy stole z całą rodziną, gdy nie muszą jeździć od domu do domu. Rozkładają wtedy swój stół na 4 metry długi, nakrywają odświętnie, ustawiają na stół potrawy, które sami przygotowali. Największą radochę mają Wampirzątka, które zaganiają do zabawy wszystkich.
Rok temu była piękna pogoda. Zając ukrył prezenty w ogrodzie i cała rodzina była zaangażowana w szukanie upominków.  
W tym roku też postanowiliśmy, że pierwszy dzień świąt będzie u nas. Od rana do nocy. Wiążą się z tym oczywiście przygotowania, ustalenie menu i zakupy.
Wędliny są gotowe. 

Jaja od szczęśliwych kur czekają na malowanie

Zresztą nie tylko te czekają – Wampirzy Tata twierdzi, że inne też. Wystarczy wziąć pędzelek, farby i… No. 
Ale nie samym mięchem i jajami człowiek żyje więc trzeba wyruszyć na zakupy. Wampirzy Tata wymyślił gęś. Trzeba było zatem wziąć szczelbę i ustrzelić ptaszona – a nawet dwa, bo rodzina duża więc jednym się nie naje. Wymyślił też cycyki kuraka – te trzeba złapać u sąsiada i… no ubić trzeba. Ryby też będą – więc z wędką nad Wisłę iść trzeba. Jednak wcześniej postanowiliśmy sprawdzić czy nie można prościej. 
Wyruszyliśmy sprzed domu do marketu na literę T. Wampirzy Tata bony dostał i były też jakieś uzbierane punkty. Poza tym, tam są takie duuuuże kosze bez wkładania mnet, co Matkę cieszy bo nigdy nie ma przy sobie drobnych (grubych też nie nosi). Matka pomyślała – poszalejemy. 
Ale, kurde, rodzina pojechała bez sklerotki. Wampiry weszły „na sklep” i się zaczęło.
Ludzi tłum a my pustka w głowie. Znacie to? 
Majonez? Nieee, mamy, kupiłam duży (a za nami Wampirzy syn: mamoooo głodny).
Napoje już dziś? Tak Żabko dziś (mamoooo jeść).
Słuchaj, rodzice poszczą w pierwszy dzień świąt – trzeba jakieś ryby. Podchodzimy do działu z rybami (mamoooooo jeść, mamooooo sikuuuuu). Ryby „oblukane” – smród nas przegania. Jednak ryby tylko u rybaka albo samemu na wędkę. 
Mamooooooo jeść. Mamooooooo siku (nie chcecie wiedzieć co myślałam w tej chwili).
Tata ogląda gęsi. Za dużego wyboru nie ma bo tylko dwie zostały – mówię: „Tata bierz i chodźmy stąd – Wampirza córka za chwilę się nam zesika na środku sklepu, przy niej Wampirzy syn padnie z głodu”.
Tłum i wielkie wózki mnie przytłaczają. Jeden najeżdża na drugiego. Nie patrzą na dzieci. Dzieci nie patrzą na wózki. 
Matka zamiast patrzeć na półki kontroluje sytuację między półkami. Po trzech działach wkurw mnie bierze bo zakupy poza moją kontrolą, natomiast kontrola nad Wampirami pełna. Moje hasła to: „Uważaj, patrz przed siebie, nie chodź tyłem” (a w głowie – jełopy patrzcie przed siebie – mówię o dorosłych ludziach). Hasła Taty: „kobieto, nie strofuj ich tak, bo nerwicy się nabawią”.
A to Matka się nerwicy nabawiła cholerka. 
Synu dostał suchą bułkę – taka tradycja w marketach – i nagle ucichło „mamoooo głodny”.
Córka dostała też coś, żeby tylko o siku zapomniała – taka tradycja w marketach, że Wampirzej córce w każdym markecie siku się chce i to najlepiej na środku marketu.
Matka podarła rajstopy o rzepa przy kurtce córki wrrrrrr, zdarła stopy w butach, które do dziś były wygodne (dziś wylądowały w pudełku).
Dochodzimy do kas. Idziemy do kasy, przy której najmniej ludzi. Masakra – pani przy kasie jakby spała. Każdy produkt idzie tak wolno, że mnie kurwica bierze. Syn zdążył znów zgłodnieć i powiedzieć „Mamooooo głodny” – na widok bistro w T. Córka zdążyła siku zrobić – na szczęście w toalecie. A ja stałam trzecia w kolejce. Pańci zdążyło się pięć razy coś zaciąć na kasie. Ja rozumiem, że ludzie się uczą ale może nie w czasie gdy są tłumy przedświąteczne i Wampirza Matka zakupy robi.
Po 20 minutach Matka dotarła do kasy. I umarła. 
Miała dość. 
Nigdy więcej zakupów z synem o imieniu „mamooooo głodny” i z córką „mamoooo siku”. Nigdy więcej zakupów dwa dni przed świetami”. Nigdy więcej zakupów w markecie. I tak większość produktów kupię w sklepie na miejscu. Przepłacę? I co z tego? Zrobię je szybko. I Pani na mięsnym mrugnie okiem gdy coś nie jest świeże.
A i do nas już zając przykicał. Przy drzwiach żurek, chrzan, ćwikła i kwas z kapusty – wszystko sąsiedzkiej roboty.
Bo dobrze mieć sąsiada.
Jutro malowanie jaj, szykowanie dwóch koszyczków, przygotowywanie jedzonka. Idą święta.