DZIADKOWIE – NAJLEPSZE, CO MOŻEMY MIEĆ W ŻYCIU.

   Choć minął już tydzień od Dnia Babci i Dziadka, to ja wracam do tematu.
Słowo „babcia” często kojarzy nam się z ciepełkiem – takim uczuciem w sercu na samą myśl o niej. Ja mam w głowie też zapachy i smaki babcine. 
Babcia Zosia robi najlepsze na świecie kotlety mielone i bigos. Nikt nigdy nie powtórzy tego smaku. Babcia pytana o przepis, zawsze odpowiada, że tak na oko wszystkiego. No jak na oko, to wiadomo, że smaku nie odtworzysz. 
Babcia Krysia zawsze kojarzona będzie z kluchami na parze i z bitkami wołowymi w sosie. Ten sos ma w sobie tyle przypraw, że trudno odnaleźć ten sam smak we własnych sosach. No i te kluchy (poznańskie buchty), których nikt prócz babci zrobić nie umie. 
U babci Zosi uwielbiałam spędzać weekendy. Z bratem wujecznym – Rafałem, kłóciliśmy się kto ma spać z babcią. Babcia na więcej pozwalała. U babci miałam dużo koleżanek, a zanim babcia zamieszkała w bloku, mieszkała w centrum miasta, w starym domu z podwórkiem, na którym lubiłam grzebać w ziemi. Do pójścia do przedszkola opiekowała się mną babcia Zosia, na zmianę ze swoją starszą siostrą – ciocią Stefą. To taka jakby trzecia babcia. Niestety od kilku lat nie ma jej już z nami. 
Ponieważ mieszkałam blisko babci Zosi, a dość – jak na tamte czasy – daleko od babci Krysi, rodzice „pozbywali” się mnie 2 razy  roku i oddawali pod opiekę babci Krysi i dziadzia Jurka. Spędzałam w Łodzi każde ferie i część wakacji. Ale nie siedziałam w dusznym mieście. Zawsze były pomysły na spędzenie czasu. Najbardziej cieszyły wakacje na mazurach nad jeziorem Białym. W przerobionej z Nysy przyczepie spędzaliśmy tam miesiąc – z dala od cywilizacji. Tego, czego nauczył mnie dziadzio na biwaku, przydało się w dorosłym życiu – jak zrobić latrynę w lesie, jak przechowywać żywność żeby się nie psuła, jak przechowywać i wyrzucać śmieci bez szkody dla środowiska. Oni pokazali mi lotnisko Okęcie i wielgachny samolot (miałam jakieś 5-6 lat), zamek w Łańcucie, Warszawę (co z tego, że tylko dlatego, że auto się popsuło akurat w stolicy), Kraków i wieś pod Wrocławiem. Jak na tamte czasy – lata 80 XX wieku, to zwiedziłam dużo. Dzięki temu, teraz ja i Wampirzy Tata, chcemy pokazać Wampirom jak najwięcej i staramy się przetachać ich po całej Polsce. 
A z dziadziem Jurkiem to ja mam jeszcze wspomnienie zapachu smaru samochodowego – bo dziadzia często spędzał czas w kanale naprawiając auta.
   Jestem już dorosła i to moje dzieci mają swoich dziadków. Mają szczęście bo mają dwie babcie i dwóch dziadków. Do tego dwie prabcie. Wampiry są kochane i rozpieszczane. Ja już nie potrzebuję rozpieszczania. Ja zaczynam zdawać sobie sprawę, że moich babć za chwilę może zabraknąć. Z takim uczuciem niepokoju poszłam w tym roku do mojej babci Zosi. Babcia coraz częściej wspomina okres swojej młodości. Okres okupacji. Nigdy nie chciała o tym mówić. Teraz opowiada sama, bez zachęcania. Choć był to bardzo trudny okres. Miała 17 lat gdy dostała „bilet” na wyjazd do pracy. 
Wyszła z kolejki i spotkała znajomego ewangelika (Niemca – bo we Włocławku mieszkało dużo Niemców). Rozmawiali chwilę. Ten człowiek miał we Włocławku pralnię i gdy weszli Niemcy, to prał im w tej pralni mundury. Ich rozmowę zobaczył żołnierz, który był w komisji kwalifikującej do wyjazdu do pracy w Niemczech. Zaczepił tego, z którym rozmawiała babcia i powiedział żeby zatrudnił ją u siebie bo szkoda młodej, ładnej dziewczyny do pracy w ziemi. Tak też się stało. Babcia, która nie umiała gotować, sprzątać i nie miała pojęcia o wychowywaniu dzieci, trafiła do pracy jako dziewczyna do prowadzenia domu. Bardzo polubiła dwóch synów pracodawcy – Eryka i Janusza. Chłopcy mieli po 5 i 12 lat. Nie mieli matki. I nawet gdy ich ojca powołała III Rzesza do wojska i wywiozła do Francji, ona przychodziła do nich i pracowała. Gdy Armia Czerwona wchodziła do Włocławka, ciotka chłopców zabrała ich w nocy  i uciekła do Niemiec.
Opowiadała też o procesie swojego taty, oskarżonego o czytanie broszur, o jego śmierci w obozie i pogrzebie po sprowadzeniu ciała do Włocławka. Opowiadała o biedzie. O tym, jak nowe władze – te powojenne, potraktowały ją – pracownika Celulozy, córkę człowieka, który nie wydał żadnego z ówczesnych kolegów z tego zakładu, gdy otrzymała list (prywatny -przeczytany przez władze fabryki) od Niemca, który szukał swoich synów.
I choć babcia gubi się w nazwach ulic, imionach, trzeba sobie coś wyobrazić by zrozumieć sens opowieści, to są one dla mnie – kobiety dojrzałej, osoby która poznała historię z podręczników,  z opowieści świetnych nauczycieli, która kocha historię, to dla mnie te opowieści są podróżą w przeszłość moich bliskich. 
Dziś robiąc ten wpis, spędziłam dużo czasu w poszukiwaniu materiałów o Włocławku w czasie okupacji. Trafiłam na kilka wspomnień osób, które przeżyły. Teraz muszę jeszcze namówić babcię Krysię do wspomnień. Myślę, że powstałyby z nich opowieści, dzięki którym Wampiry poznałyby historię najbliższej rodziny… 

PSYCHIATRA POTRZEBNY OD ZARAZ…

   Geny to geny. Nie ma na nie rady. A jeśli po obojgu rodzicach, to mieszanka wybuchowa może być. Nie wspomnę o domieszce genów po dziadkach bo będzie masakra.
Mówi się, że po rodzicach dziedziczy się najgorsze cechy charakteru. Ja dodam jeszcze, że im dziecię starsze, tym gorszy charakterek z dziecia wyłazi.
   Nigdy nie byłam pedantką. Wyznawałam zasadę – przewróciło się, niech leży. No, może prócz skarpetek mężowych przy nogach ławy, gdy mieszkaliśmy jeszcze w 20 m. kw., i prócz brudnych szklanek zostawianych na tejże ławie. Ale – w takiej powierzchni mieszkalnej – można było potknąć się o wykałaczkę, więc skarpetki i szklanki były czymś, co przeszkadzało mi strasznie, tym bardziej, że i łazienka (gdzie stała pralka), i kuchnia (gdzie był zlewozmywak) – były na wyciągnięcie ręki. Tak więc, pedantką nie byłam i nie zamierzałam być. Ale stało się tak, że zaszłam w ciążę.
Ciąża jak wiadomo, jest chorobą, która rzuca na nasz mózg i nasze ciało nieodwracalne zmiany. U mnie pojawiły się rozstępy, nadwaga… choć nie, nadwagę miałam przed ciążą, więc tej winy na cud natury nie zrzucę. No, ale problemy z kręgosłupem, sercem, krążeniem itp., na wyleczenie których lekarze mają tylko jedno lekarstwo – NICNIEROBIĆLEŻEĆWYPOCZYWAĆ… Po ciąży jednak mam problem z tym, co zalecają lekarze. Czyli nastąpiły u mnie trwałe zmiany w mózgu. Otóż, od porodu Wampirów, jestem uzależniona od czystości. Może nie tyle od czystości, co od sprzątania. I nie byłoby to takie wkurzające, gdyby nie fakt, że bałagan wzmaga we mnie agresję i furię.
Oglądamy ostatnio filmy i zdjęcia z okresu, gdy Wampiry miały od 0 do 3 lat. Nie mogę uwierzyć, że w tym czasie nie zwariowałam. Kanapa ustawiona przy ścianie, na podłodze dywan, wielki kojec i niezliczona ilość zabawek. W kącie dwa rowerki na trzech kołach i bliźniaczy wózek. Wszystko pod ręką. Zazdrościłam mojej sąsiadce, która miała jedno małe dziecko i gdy się wchodziło do jej salonu, nie było śladu posiadania dziecia – za wyjątkiem krzesełka do karmienia w kuchni. A ja tak potrzebowałam wówczas własnej przestrzeni, własnego kąta bez zabawek, pieluch, smoczków i butelek. Bez chrupek, wszędzie walających się obślinionych skórek od chleba. Pragnęłam czystej kanapy, w którą nie dałoby się wetrzeć czekolady, rozlać soku. Chciałam czystej, nieklejącej się podłogi. Chciałam przychodzić do domu bez myśli w głowie, że znów wieczorem trzeba będzie sprzątać bajzel, którego tak na prawdę sprzątnąć się nie dało. 

Aż dzieci skończyły trzy lata. Kochający mąż, który chyba chciał ratować resztę mojego zdrowia psychicznego, stworzył w domu strefy. A ja dbam o to, by te strefy miały granice. Wreszcie nowa kanapa, służy do siedzenia, łatwo zmyć z niej resztki wszystkiego, co się na niej znalazło. Wampiry mają rewir, w którym mogą się bawić. Jeszcze tylko trudno mi odzyskać miejsce w łóżku. Ale i na to pewnie przyjdzie czas. 
Jeśli jednak ktoś myśli, że na tym skończyła się moja choroba psychiczna, to się myli. Ona dopiero wtedy zaczęła się rozwijać. Ponieważ chciałam zachować porządek w domu, zaczęła się musztra i zaganianie wszystkich do ciężkiej pracy.  Buty do szafki, ubrania wierzchnie do szafy w przedpokoju, brudne ubrania do brudownika, zabawki na miejsce i próby nauczenia ścielenia łóżek. Zaczęła obowiązywać zasada – żadnych zabawek w salonie po 19.00. Wszystko byłoby ok, gdybym przy tym wymaganiu nie krzyczała. Ale ja, wchodząc do domu krzyczę. Jestem krzykacz i upierd – tu ukłon w stronę genów taty. Uważam, że i tak wszystko robię najlepiej sama i mimo, że Wampiry się starają, to jestem niezadowolona i muszę poprawić – ukłon w stronę genów babci Zosi i mamusi. Mogę padać na pysk ale muszę odkurzyć codziennie, umyć podłogi co drugi dzień, ogarnąć z półek. Sanitariaty muszą lśnić. Dopuszczam tylko bałagan na półkach z ubraniami, bałagan w torebce i bałagan w magicznej szufladzie, w której jest wszystko, co się nawinie – bo tego nie widać gołym okiem. 
Sama mam siebie czasami dość. Dzieci zapamiętają mnie jako matkę krzyczącą, mąż nawet zimą zacznie przesiadywać w garażu pod pretekstem jakiś ważnych napraw. Kot przestanie się do mnie łasić. 
Potrzebny dobry psychiatra, Od zaraz.    

UMA – PIES , KTÓREGO NIGDY NIE ZAPOMNIMY…

   Śni mi się każdej nocy. Pachnąca wiatrem, z zimnym nosem. Chodzimy razem na spacery, gonimy linkę, na której uczyła się posłuszeństwa. Miała niecałe sześć miesięcy gdy dopadła ją choroba. Miała zostać na lata – śmierć odebrała ją za wcześnie.
Uma wniosła w nasze życie zamieszanie. Jej powitania – bardzo radosne – były w pewnym sensie męczące, bo jako szczenię ważyła więcej niż Wampirze dzieci i była od nich większa.
Jednak szybko nauczyła się uważać na dzieci, a dzieci nauczyły się postępować z nią.
Na jej pyszczychu wiecznie widniał uśmiech a jej orzechowe oczy zdradzały miłość jaką nas obdarzyła.
Szybko skradła nasze serca i naszą kanapę.

Musiała być blisko nas. Nie zdawała sobie sprawy, że jest dużym psiakiem. Chyba była przekonana, że jest malutkim kociakiem, próbując wejść nam na kolana.

Wieczory należały do niej i Wampirzej córki. Przed snem Wampirza córka dawała jej, we własnym łóżku, porcję pieszczot. 
Patrzyłam na te moje dwie dziewczyny i miałam wrażenie, że Uma to psia siostra Wampirzej córki. Razem się bawiły, razem jadły (córuś przy stole, Uma pod stołem). To Wampirza córka była małą pańcią Umki. Dziewczyny były nierozłączne. 
Choroba przyszła cicho, nie wiadomo skąd i dlaczego. Zabrała nasze psie słoneczko powoli, każdego dnia zabierając nadzieję, że przeżyje. Umuś odeszła, zostawiając pustkę, którą ja i dzieci bardzo chcemy zapełnić. Wiemy, że musimy przeczekać by wirus zniknął z naszego otoczenia. Wiemy, że musimy dotrwać do jesieni. Wampirzy tata nie umie wyobrazić sobie kolejnego bernola w naszym domu. Twierdzi, że drugiej Umy już nie będzie.
Nie będzie. Bo Uma była pierwsza, wyjątkowa. To ona wybrała jego, gdy pojechał wybierać on.
Razem pracowali w ogrodzie. Razem chodzili na spacer w pole. Razem pili piwko na schodach przed domem.
Nie będzie drugiego takiego słonka. Ale może być inne. Równie kochane. Równie radosne, ufne i mądre. Tylko daj tato szansę. Wampirzy tato – daj szansę kolejnej bernusiowej istotce.

DLA MARZENKI…

   Gdy robiłam ostatni wpis na blogu, zaczytana byłam w innych blogach. Chciałam być tak, jak inne matki i żony piszące. Zazdrościłam im stylu, ilości czytelników, dyskusji pod tekstami. Widząc, co dzieje się na moim blogu – a raczej, że nic się nie dzieje, wmówiłam sobie, że nie mam czasu i pisać nie będę – przecież i tak nikt tego nie czyta.
Przestałam nawet wchodzić na strony mojego bloga. Nie wiedziałam ile mam wejść, nie kontrolowałam statystyk. Czasami tylko ktoś ze znajomych pytał dlaczego u mnie cisza. Zbywałam wtedy tekstem, że nie mam kiedy pisać. Prawda jest taka, że nie miałam pomysłów. Wyszłam z wprawy. Nie miałam pomysłu na własnego bloga. Gdy zaczynałam coś pisać, pomysł i myśli przelane na kartkę, wydawały się albo zbyt osobiste, albo tak beznadziejne, że trafiały do kosza. Może dlatego, że jestem osobą, która chce być akceptowana przez wszystkich, chce żeby to, co robi podobało się wszystkim. A jak wiadomo, wszystkich zadowolić się nie da. Ważne by akceptować siebie samą – a reszta… no cóż, to już reszty sprawa ;-).
Poza tym mój zapał jest słomiany. Szybko się zapalam i szybko gasnę. Od pomysłu do realizacji u mnie czasami długa droga. Myśli przychodzą równie szybko, jak odchodzą. Jeśli nie zapiszę ich – ulatują i koniec. A najfajniejsze myśli mam gdy zasypiam. Komputer wtedy jest wyłączony i stoi daleko od łóżka.
A przecież zdarzyło się tak wiele w moim życiu.
Nauczyłam się jeździć na nartach – co wydawało się niemożliwe.
Miałam cudowne wakacje.
Dzieci skończyły pięć lat.
Pojawił się nowy członek rodziny, którego w krótkim czasie musieliśmy pożegnać, i za którym bardzo tęsknimy. Radość z tego, że Uma do nas trafiła, walka o jej życie, uczucie bólu i żalu po jej stracie – to wszystko mogłam tu opisać, traktując bloga jako pamiętnik moich myśli i upływającego czasu. 
Nie zrobiłam tego jednak, uznając że nikt tego nie przeczyta.
   Niedawno spotkaliśmy się w gronie znajomych, i tam usłyszałam od jednej z dziewczyn, że muszę wrócić do pisania bloga. Że jednak ktoś czyta to, co pisze. Że fajnie pije się kawę przy moich wpisach.
Obiecałam, że wrócę do pisania. Marzenko, Tobie obiecałam. Postaram się Ciebie nie zawieść.