GDY MYŚLI KRĄŻĄ WOKÓŁ JEDZENIA…

   O czym pisać, gdy brak weny spowodowany jest brakiem chęci na cokolwiek, bo pogoda jest depresyjna? Najchętniej w takie dni, kiedy ciśnienie niskie, deszcz pada 20 godzin na dobę, słońce ma nas w nosie – czyli biomet jest niekorzystny – najchętniej w takie dni się je.
Generalnie wszystko jedno co się je – byle ruszać buzią i zapełniać żołądek.
Śniadanie – oczywiście pożywne i sycące – ciepły croissant z czekoladą (a nawet czasem dwa) w BP – jakieś 200 kcal sztuka, zapity kawą latte – około 130 kcal w kubku – to w drodze na dworzec.
W pociągu myśl – coś by się zjadło… Jednak to, że w ostatnim czasie z trudem zgubiło się 12 kilogramów powstrzymuje przed głupotami – a więc jabłuszko.
Koło godziny 10.00 głód w głowie wierci dziurę (jeszcze nie czas na ten w żołądku). Sięgam po jogurt. Nie wiem dlaczego ale w powietrzu pachnie rosołem. Co dziwne – tylko mi.
Chwytam się tego zapachu i cały czas w głowie gotuję rosół. Taki na wołowinie i indyku. Myśli krążą wokół jedzenia i narasta pewne napięcie (bo ja już bym ten rosół chętnie pożarła).
Godzina 11.00 sięgam do szuflady biurka. Nie powinnam bo tam siedzi samo ZUO!! Czekolada – gorzka 70% ze skórką pomarańczy. Aromat zabójczy, kaloryczność też. Kosteczka, jedna – no może dwie…
Godzina 12.00 – JEŚĆ!! Na kanapkę za wcześnie (chyba, że taką na której można nóżki wyciągnąć i odpocząć). Kolejny jogurt. Nie znoszę jogurtów – chyba, że są obrzydliwie słodkie. No ale coś do paszczy trzeba włożyć.
Godzina 13.00 – wreszcie kanapka. Zwykle jedna bułka z wędliną i pomidorem wystarcza. Jednak teraz staje się misiem i bułka to za mało (a w głowie myśli o rosole). 
Decyduję się kupić chleb. Eeee tam chleb – chlebuś, chlebulek – taki malutki, wieloziarnisty – żeby mieć mniejsze wyrzuty sumienia. Zjadam dwie… no dobra trzy kromki z masełkiem i pomidorem. Byle do 15.00.
Do domu dojeżdżam głodna jak wilk… i zła jak osa. Wstawiam rosół, o którym marzyłam cały dzień. Tyle, że ten skurczybyk musi się długo gotować… no dobra „pyrkolić”. Jest 17.00 więc zanim się ugotuje…
Wampir wybył do ogródka (znaczy uciekł bo widział, żem wściekła, że ten rosół nie zrobi się w trzy minuty), ja zasiadam z dziećmi na kanapie. Skurczybyk już zaczyna pachnieć w domu a ja  przyłączam się do miski czipsów dzieciowych – lepiej niech mi w biodra wejdzie niż im w nerki. Pod pretekstem spróbowania skurczybyka idę do kuchni ale po drodze mam spiżarnię a tam aronię w czekoladzie…
Żeby zająć ręce – bo widzę, że za chwilę zacznę wyjadać kiełbasę z lodówki – idę do ogrodu robić porządki jesienne.
Wreszcie kolacja (koło godziny 20.00). Pachnący rosół z wołowiną i indykiem. Spełnienie marzeń. Można zakończyć dzień.
Rano zwyczajne, rutynowe ważenie. Waga ani drgnie. A ja tak bym chciała jeszcze 2-3 kg w dół.
Postanowienie na dziś – jem mniej, bo ile można patrzeć wciąż na te same cyfry…
Idę na dworzec BP… 
Dziś rosołu nie będę gotować – dziś będzie pomidorowa ;-).  

JESIENNIE MI…

Znów nastał czas długich wieczorów i krótkich dni. Już nie budzą mnie wschody słońca. Budzi mnie noc. Po omacku skradam się w ciepłych skarpetach do kuchni, włączam szare światło, po omacku na wpół jeszcze śpiąca, wstawiam wodę na kawę. Wiosną i latem wita mnie w kuchni słońce, budzę się rześka i pełna energii. Teraz rozpoczął się czas długich pobudek. Spokojnie czekam na wrzątek, którym zaleję kawę nasypaną do mojej ulubionej filiżanki. Powoli wdycham jej aromat i delektuję się smakiem. Budzę się – pogawędka z kotem i myszami, które już tuptają za poddaszu, szybki makijaż i gotowa do pracy. Wszystko jednak leniwie, bez chwili z naturą – poranną pogawędką z ptakami. Za drzwiami wita mnie mgła, rosa i pająki. I choć pięknie, kolorowo, to lata żal.
W pociągu ostatnio uciekam od znajomych ludzi, wolę sama, z nosem przy szybie budzić się i patrzeć, jak przyroda ubiera się w kolorowe sukienki liści. Wróciłam do czytania w pociągu. Wolę się jesiennie wyciszać niż wiosennie szczebiotać.
Niespiesznie idę z pociągu do pracy. Drogą dłuższą, przez ryneczek żeby podziwiać owoce i warzywa jesieni.
Ileż jabłek, gruszek, dynie. Starsza pani, która zwykle sprzedaje kaczki i jaja, teraz jeszcze oferuje grzyby wszelakie. Moje ulubione w dzieciństwie kanie – wielkie jak patelnie. Kupiłam za dwa złote, zrobiłam sobie ucztę – schabowy z kani z pachnącym chlebkiem z masłem. Smak jesieni, smak dzieciństwa, smak czasów spędzonych z dziadkiem i babcią na mazurach. Czekam na gąski. Pachnie mi zupą gąskową i grzybami prosto z patelni, takimi chrupiącymi, obtoczonymi w mące.
Jesień kojarzy mi się z grzybobraniem, ale lęk Wiktora przed „tańczącymi drzewami” nie pozwala na przyjemność zbierania. Może za rok…. 
Jesień to smak soczystych jabłek. Latosie mogłabym jeść kilogramami – zamiast słodyczy. Gruszki soczyste, których sok aż cieknie po rękach. Winogron – słodki, zrywany z krzaka, którym porosła cała altana. Już za chwilę trafi do balonu – będzie na święta aromatycznym winem, i do gara – na sok bez cukru…
Lubię jesień – długą, piękną, słoneczną – złotą.

PONIEDZIAŁEK…

To jest jeden z tych dni, o których myślę „niech już się skończ”. Marzę żeby drogą teleportacji znaleźć się na kanapie, zamknąć oczy i o niczym nie myśleć. Wystarczy szczebiot Wampirów. I nic więcej. No może kubek zielonej z jaśminem. Jesień idzie. Moja psyche zaczyna to odczuwać bardziej niż ciało. Mój wewnętrzny miś chętnie udałby się do krainy snu. Nagle czuję ogromną chęć jedzenia tłusto i dużo. Misie tak mają :-).
Dobrego tygodnia.

JAK TO MATKA W PIĄTKOWY WIECZÓR ZASZALAŁA…

    Wampir postanowił piątkową noc spędzić poza domem w męskim – mam nadzieję – towarzystwie i czekał matkę samotny wieczór. A że wkurw matce nie do końca przeszedł, a doszła jeszcze troska o Wampirzą córkę, u której podejrzewany jest rumień zakaźny, to matka postanowiła się rozerwać. W domu. Nie sama. Matka ma trzy przyjaciółki. Z jedną z nich postanowiła się umówić. Viola przybyła i na tym skończyła się matki radość bo JEJ przyjaciółka wybrała nie JĄ ale zabawę z Wampirzątkami na podłodze. Matka zatem przystąpiła do gotowania kolacji – dobrego podkładu pod wieczorne trunki. Na trzeźwo ułożyła Wampirzątka spać i zdecydowała się na drinka. Po pierwszym drinku wyciągnęłyśmy listy – te pisane tak dawno, że najstarsze Wampiry nie pamiętają, gdy matka studiowała w innym mieście a Wampir był tak bardzo daleko od niej. Czytałyśmy te listy i śmiałyśmy się tak, że dziś mam zakwasy mięśni brzucha. Te listy nie były śmieszne, my poprostu wspominałyśmy tamte czasy, ludzi… Listy przypomniały mi, jak bardzo tęskniłam za facetem, który jest teraz moim mężem, i jak bardzo nie chciałam studiować. Zawsze z Violą wspominamy i mamy świetną zabawę.
Do tych wspomnień włączyłam mój ulubiony kanał muzyczny z muzyką z lat 80 i 90 więc było rewelacyjnie. Matka wypiła tych małych drinków kilka i postanowiła zademonstrować, że potrafi tańczyć nie gorzej niż Shakira czym wzbudziła histeryczny śmiech Violi. 
Za to rano, po czterech godzinach snu gdy Wampiry wpadły nam do wyra, nie było nam do śmiechu. Mój ból głowy był tak ogromny i łeb ciężki, że całą odpowiedzialność za Wampiry w sposób bezczelny i złośliwy postanowiłam zrzucić na ciocię. Sama sobie winna bo utkwiły mi w pamięci jej słowa, że ona może się przespać później – jej córka to nastolatka i w dodatku w pełni samoobsługowa.
Wstałam więc o 9.00 z mega kacem. Uwierzcie, nie pamiętam kiedy miałam kaca. Ale wódki od dawna nie tykam, to organizm nie jest przyzwyczajony. Podałam śniadanie, Viola pojechała a ja zostałam z Wampirami i bólem głowy. Na szczęście dziadkowie wybawili mnie z opresji i porwali młode. Mogłam zacząć leczyć kaca. Przygotowałam obiad, posprzątałam (wycieranie  kurzu, jazda dowolna na odkurzaczu, jazda obowiązkowa na szmacie, mycie sanitariatów czyli standard) i po kacu. Bo podobno na kaca najlepsza jest praca. 
Wampir wrócił w stanie hmmmm… no…. „Kochanie źle się czuję, mogę się położyć?” – ech, no niech tam. Każdy ma swoje sposoby na leczenie kaca.
I tak sobie pomyślałam, jaka ze mnie nieodpowiedzialna matka… Tylko, że ja cholera nie mam kompletnie wyrzutów sumienia.

WKURW POSPOLITY…

    Pełnia! Czy ona jest powodem „wkurwu” mojego i młodej Wampirzycy? Może coś w tym jest, a może to ciężki dzień po ciężkiej nocy. U mnie zmęczenie nie tylko psychiczne ale i fizyczne. Serce kołacze, jak głupie. Arytmia już dawno nie dawała o sobie znać. I dziś nagle bum bum, bum bum – w nierównym takcie. Jakby serduszko wołało „wypuść mnie stąd!”. 
Bardzo chciałam odpocząć gdy wrócę do domu. Tata Wampir wrócił – myślałam – dam radę odetchnąć. Ale coś we mnie wstąpiło po przekroczeniu progu domu. To był tzw. wkurw. Bo nagle przypomniało mi się, że jestem głodna, ale niekoniecznie mam ochotę zjeść to, co jest w lodówce i niekoniecznie chcę to sama sobie przygotować. Tak, to był ten moment gdy zapragnęłam usłyszeć: „idź, usiąć, coś Ci przygotuję”.
Kolejny cios – rzecz, na którą mam alergię masakryczną – niepościelone łóżka. I tu też chciałam usłyszeć: „skarbie, zaraz pościelę”.
Następna kłoda – sterta brudnych naczyń w zlewie, a zmywarka nie wypakowana z tych czystych. Mam mówić, co bym chciała usłyszeć? 
Tak, oczywiście wiem, że powinnam werbalnie przekazać, o co mi chodzi ale bałam się otworzyć usta żeby nie wybuchnąć, bo ja straszny krzakacz jestem i zaraz cholernie się nakręcam. 
Być może się czepiam, być może powinnam pieprznąć to wszystko (co często powtarza Wampir), nie robić z siebie matki Polki, wziąć kawałek kiełbasy do ręki pierwszej, do drugiej kieliszek wina, i zamknąć się w sypialni. Może tak byłoby prościej. Ale ja tak kurde nie umiem! 
A teraz jeszcze na koniec kot się sfajdolił na śmierdząco do kuwety! Czy nikt w tym domu nie ma odrobiny litości dla starej wampirzej matki?! I Ty kocie przeciwko mnie…