PRZYSZŁO NOWE…

nowa-praca-wyzwania

zdjęcie pochodzi z www.karierawfinansach.pl

4 stycznia budzik zadzwonił o 6.15. Równą godzinę później niż dotychczas. W niedzielę pomalowałam pazury i wyszykowałam ubrania dla Wampirów i dla siebie. Dzięki temu o 6.15 wstałam bez pośpiechu i zrobiłam sobie kawę. Od 18 grudnia byłam w domu z dziećmi. Odpoczęłam fizycznie i psychicznie…

Tak Matka, jesteś gotowa na pierwszy dzień w nowej pracy – pomyślałam spijając resztę kawy.

Nie miałam ściśniętego żołądka, nie czułam stresu – sama byłam zdziwiona, że przyjmuję nowe z takim spokojem.

Spokój się skończył gdy chciałam umyć zęby a z kranu nie leciała woda… Zamarzły rury. „No super” pomyślałam i poderwałam Tatę z łóżka. Wcisnęłam w dłoń suszarkę do włosów dziękując w duchu, że głowę umyłam wieczorem i egoistycznie zostawiłam Tatę z problemem „suszenia” rur w celu ich odtajania.

Wampiry nakarmiłam, uszykowałam do szkoły i – ponieważ szły na 8.50 do szkoły – je również zostawiłam na głowie Taty.

7.40 wyleciałam z domu z nadzieją, że tego pierwszego dnia się nie spóźnię i nie natrafię na korek na moście… Taaa nadzieja matką głupich… Korek był ogromny. „Trudno, co ma być to będzie – nic nie dzieje się bez przyczyny, widocznie tak ma być” pomyślałam. O 7.57 otworzyłam drzwi do mojej nowej pracy.

„Dzień dobry!” – głośno dałam znać, że jestem. W sekretariacie nikogo nie było. Nagle młoda, ładna dziewczyna wyszła i z uśmiechem zaprosiła mnie do środka. W pokoju socjalnym byli wszyscy prócz szefa. Przedstawiłam się, jeden z młodych facetów pomógł mi zdjąć płaszcz, powiesił w szafie. Inny – drugi w hierarchii po szefie,  oprowadził mnie po biurze. Najmilszym zaskoczeniem było to, że czekało na mnie biurko i komputer. Na biurku przybory biurowe. W komputerku był już folder AGATA, w którym mam zapisywać swoje umowy. „To do pracy. Tu nie ma czasu na nudę ale jest internet więc w wolnym czasie możesz korzystać” – rzekł A. z uśmiechem.

Od razu przydzielono mi pracę. Dzięki temu poczułam, że faktycznie jestem tu potrzebna. Biuro jest zorganizowane rewelacyjnie. Każdy ma swoją „działkę”, nikt się nikomu nie plącze pod nogami. Spotkania z szefem odbywają się w pokoju socjalnym i są to raczej miłe pogawędki przy rozdzielaniu obowiązków.

Zauważyłam, że fakt iż jestem najstarsza w kadrze sprawił lekkie zakłopotanie. Ale chyba K. jest zadowolona, że pojawiła się w końcu druga kobieta wśród panów. Jest młodsza o jakieś 15 lat ale kobiety zawsze znajdą wspólne tematy. Panom powiedziałam, że nie muszą traktować mnie inaczej z racji tego, że dzieli nas przepaść pokoleniowa (o czym oni gadają? nie pytajcie – połowy nie kumam). A. więc zapewnił, że taryfy ulgowej nie będzie i za jakiś czas odczuję, co znaczy praca z wariatami.

Drugiego dnia ekipa już przyjęła mnie jak „swoją”. Było sporo pracy więc mogłam poznać system pracy jeszcze lepiej. I przyznam, że bardzo mi to odpowiada.

Po trzech latach starań o pracę w obecnej kancelarii (co pół roku zjawiałam się u obecnego szefa z przypomnieniem, że jakby co to czekam na jego telefon) wiem, że warto było czekać na tę szansę, którą otrzymałam. Czy można tak stwierdzić po dwóch dniach przebywania w nowej pracy? Myślę, że tak. Zwłaszcza, że zostawiło się za sobą coś, do czego nie miało się już serca a chemia międzyludzka przestała działać…

praca

KONKURS!

Nowa odsłona bloga więc zapraszam na konkurs.

Do wygrania jest Miś zrobiony ręcznie przez utalentowaną Kasię, której prace możecie oglądać na Dziergacze.

miś2 miś1

Jeśli chcesz wygrać Misia o imieniu Edmund polub moją stronę na Fb i uzasadnij w Komentarzach pod tym wpisem dlaczego Edmund ma trafić właśnie do Ciebie. W komentarzu proszę o podanie adresu mailowego żebym mogła skontaktować się w sprawie wysyłki Edmunda.

Ponieważ Edmunda pokochała Wampirza Córka, to właśnie ona zdecyduje, która odpowiedź podoba jej się najbardziej. Konkurs trwa do 18 grudnia. W sobotę – 19 grudnia, opublikuję dane zwycięzcy.

Kilka słów o Edmundzie – to bardzo towarzyski Miś. Lubi bawić się zarówno z dziewczynkami, jak i chłopcami. Chętnie też przytula się do dorosłych. Ma piękny czerwony szalik a na misiowej dłoni ma serce. To taki fajny kumpel w doli i niedoli. W naszym domu mieszka Bruno i Lukrecja – dwie cudowne szydełkowe zabawki wydziergane przez Kasię. Dlatego wiem, że jeśli Edmund trafi pod Twój dach – oboje będziecie zachwyceni i szczęśliwi.

SŁOIK CZY BROKUŁY – OTO JEST PYTANIE…

   Pamiętam, że gdy wprowadzałam do menu Wampirków nowe potrawy nie gotowałam na początku sama. Nooo nie byłam matką idealną… No może nie do końca tak było – banany prużyłam w garnku, jabłka tarłam a marchewkę gotowałam i miksowałam. 
Jednak gdy przyszedł czas na dania obiadowe, bałam się na początku własnych kompozycji smakowych. Ponieważ wcześniej Wampirki jadły kaszki i mleko Nestle, sięgnęłam po dania w słoiczkach Gerber Rzeszów – firmy będącej w grupie Nestle.
Nie tylko dlatego sięgnęłam po słoiczki Gerber Rzeszów. Zrobiłam to też dlatego, że pamiętałam jak Tata opowiadał o warunkach, jakie panują na produkcji. Wspominał o sterylności i jakości warzyw oraz mięsa wykorzystywanych do wytwarzania dań. Powiedział, że jeśli mamy karmić „słoiczkami”, to Gerber jest produktem dobrym jakościowo. To był czas, kiedy Tata odwiedzał wiele fabryk z branży spożywczej produkujących dania w słoikach – nie tylko dla dzieci. Fabryka Gerber Rzeszów zrobiła na nim bardzo pozytywne wrażenie.
Nie długo jednak karmiłam daniami ze słoiczków bo koszt żywienia dwójki dzieci był ogromny. 
Sama zaczęłam gotować Wampirkom, co wyszło im na dobre bo poznały prawdziwy smak warzyw i mięsa. Po słoiczki sięgałam tylko wtedy gdy jechaliśmy w dłuższą trasę – na przykład nad morze i wygodniej było otworzyć pasteryzowany słoiczek niż bać się, że przygotowane przeze mnie danie zepsuje się w podróży. Po pewnym czasie Wampirki jednak odrzuciły jedzenie słoiczkowe i spokojnie wcinały z nami obiady siedząc na naszych kolanach w restauracjach. Zawsze miałam ugotowaną zupę w termosie, makaron z sosem pomidorowym, ziemniaczki z gotowanym mięsem drobiowym i marchewką. Bardzo szybko nauczyłam się jak gotować dania i nie doprawiać ich „po dorosłemu”. Dodawałam zioła, przyprawy – ograniczałam sól i cukier. Pozwalałam Wampirom bawić się jedzeniem. Niespełna dwuletnia Córka obgryzała udo z kuraka w drugiej dłoni trzymając ziemniaka albo kalafiora. Pulpety przygotowywane przez babcię były pochłaniane z prędkością światła. Rosół – no to było wyzwanie. Łapkami wyjadany makaron i spijana z plastikowych misek zupa. Paluchami wybierana z rosołu marchewka i mięso. Uwielbiałam patrzeć jak Wampiry „smakują” jedzenie. Czasami coś rzucane było na podłogę i mina beeee. Czasami nie nadążałam dokładać na talerz… Śniadania – wędliny domowej roboty na półmisku i Wampiry nakładające ją na chleb. Pierwsze smaki ogórków, pomidorów, szczypiorku… Skrzywienie – bo paskudne, oczy szeroko otwarte – bo pyszne… Mamy – polecam sprawdzanie smaków pociech…  
   Jednak na początku były słoiczki. I myślę, że wiele mam z nich korzysta „na starcie” – mimo, że eko mamy robią z tego problem. Bo przecież pasteryzacja, bo produkty mrożone, bo sztuczne witaminy. Wszystko jest dla ludzi – nawet dania w słoiczkach dla dzieci. Jednak wybierajcie produkty z oznaczeniem BIO… a później dajcie brokuła do jednej łapki, udko kuraka do drugiej. Zobaczycie ile radochy sprawi to Waszym pociechom.
* tekst sponsorowany

PREZENT DLA MĘŻCZYZNY CZYLI PRZEDŚWIĄTECZNE DYLEMATY MATKI…

zdjęcie pochodzi z http://www.rolex.com/
   Kurde, człowiek – znaczy kobieta: żona, narzeczona, siostra itp. chce kupić prezent dla faceta. Oczywiście żony/partnerki z wieloletnim stażem, zgodzą się pewnie ze mną, że to dość trudny wybór bo ich faceci mają pewnie już wszystko, a na pytanie „kochanie, co byś chciał dostać pod choinkę” słyszą: „ciebie” albo „seksowną bieliznę, którą założysz po kolacji wigilijnej”, albo co gorsze: „kup podkoszulki bo te, co sobie kupiłem miesiąc temu znów zafarbowałaś na różowo”. 
   Zatem ja mam taki właśnie problem. Tata nie chce mi pomóc – albo rzuca mi w twarz tekstem o bieliźnie, a ja znów nie wiem, co mu kupić. Gdybym miała dużo pieniędzy, to zafundowałabym mu zegarek Rolexa za 50.000 złotych/euro. Ale finanse mam raczej ograniczone. Postanowiłam wspomóc się internetem i wpisałam hasło „prezent dla mężczyzny”. Wyświetliło mi się kilka propozycji. Jednak wątpię żeby Tata chciał spadać ze spadochronem lub bez, skakać na bandżi czy generalnie uprawiać sporty ekstremalne. Przeszłam więc na stronę jednego ze sklepów i wybrałam dział „elegancki prezent dla mężczyzny”. Pierwsze, co się ukazało to: eleganckie pralinki dla mężczyzny, męskie praliny z alkoholem i bez, ekskluzywne czekoladki z elegancką dedykacją, podróżne gry i szachy – również ekskluzywne. 
Ponieważ Tata czekolady nie jada i nie ma w zwyczaju grać w szachy w trakcie prowadzenia auta (choć może pokusiłby się na autostradzie włączając tempomat), wybrałam opcję „praktyczne prezenty dla mężczyzny”. No i tu jest w czym wybierać – elektryczny czajnik Bugatti, termos marki Stanley (ponoć kultowej marki), odtwarzacz mp3 dla mojego sportowca. Mogę mu jeszcze zaproponować Xboxa. Oczywiście jest kilka innych propozycji. Weszłam na link z napisem NIESPODZIANKA. A tam:

Wykąp go w oleju silnikowym! Spokojnie, to tylko imitacja! Żel jest bezpieczny i choć ma wygląd i konsystencję oleju silnikowego, pięknie pachnie wiśniami. Wprawi w zachwyt wielbiciela motoryzacji!


Podrzuć mu do łazienki zestaw do golenia! Oczywiście czekoladowy! Wyśmienita czekolada zapakowana w stylowe, męskie pudełeczko oraz zaskoczenie, którego doświadczy, na długo wprawią go we wspaniały humor!
   Kochanie, w tym roku będziesz się w Wigilię kąpać w oleju silnikowym i ogolisz się czekoladowym zestawem do golenia.

Tak, trzeba przyznać, że internet jest wspaniałym źródłem pomocnym w kupowaniu prezentów dla facetów. Jednak mężczyzna ma łatwiej w dokonaniu wyboru prezentu dla ukochanej.
  

KRÓTKA HISTORIA JEDNEJ NOCY…

Dziś była najdłuższa noc w moim życiu.
Myślałam, że kiedy opadną emocje, pozałatwiam sprawy, które ostatnio bardzo mnie męczyły – gdy zamknę pewien rozdział by otworzyć nowy – wreszcie będę spokojnie spała. 
Pierwsza noc od jakiegoś czasu, gdy nie wzięłam nic na spokojny sen. I co? I jajco. Nie mogłam spać. Co godzinę patrzyłam na zegarek i czekałam na dzwonek budzika. Dziś miał zadzwonić później. Nie przeszkadzało mi, że Syn kilkukrotnie wołał mnie żebym go przykryła. Nie przeszkadzało mi chrapanie kota spod łóżka. Leżałam z zamkniętymi oczami i czekałam na mocniejszy sen. Nie nadszedł. 
Spokojnie wstałam o 5.50, napiłam się kawy, zrobiłam śniadanie rodzinie. Weszłam do łazienki a na twarzy miałam efekt nieprzespanej nocy. 
Nawet Max Factor nie był w stanie zrobić ze mnie człowieka. Ja, Zombie siedzę teraz za biurkiem niewyspana i zagilona. Bo nadeszło jesienne obniżenie odporności.
Taka historia jednej nocy…