Zwykły dzień…

Każdemu to się chyba zdarza. Otwierasz oczy i wiesz, że to nie będzie najpiękniejszy dzień w Twoim życiu.

Obudziłam się o 6.30. Budzik nie zadzwonił choć powinien drzeć mordę głośno już przed 6.00. Nie darł – albo ja spałam tak mocno, że przez sen pieprzłam go w łeb. Masza – pies nasz, nawet nie pisnął. Od jakiegoś czasu trudno jej się podnieść nawet wtedy gdy ja wstaję wcześniej. Totalnie mnie olewa. Gdy wstaję z łóżka, opuszczam nogi, muszę szukać wolnej części podłogi by nie wdepnąć na futro. Ja wstaję, ona leży bez ruchu lub zmienia bok głośno mlaskając i wydając różne dźwięki przez sen.

Mocno w panice szarpię Tatę i krzyczę szeptem: KOCHANIE!! ZASPAŁAM!! Tata spokojnie: ok, odwiozę dzieci do szkoły. Wyrobisz się.

Uwielbiam tę jego siłę spokoju. Czasami mam wrażenie, że gdybym krzyknęła: KOCHANIE!! PALI SIĘ!!! Odpowiedziałby: spokojnie żabko, straż pożarna ugasi, zaraz wezwiemy pomoc.

Gdy już wydostałam się z sypialni mając wrażenie, że ktoś wyrwał mnie ze snu o 2.00 w nocy, na śpiku zrobiłam sobie kawę i przystąpiłam do szykowania dzieciom śniadania (tak – jestem tą matką, która zawsze ma czas na szykowanie dzieciom śniadania w domu i do szkoły i uwierzcie, że zajmuje to 15 minut). Jako pierwszy jak zwykle przydreptał Synu. Popatrzył, że na stole pusto i poszedł dosypiać do Taty. Nagle słyszę charczenie zarzynanego wieprza. Serce zaczyna bić szybciej, ręce drżą… Wołam córkę i nakazuję: kaszlnij. I zaraz żałuję, że ją o to poprosiłam. Wydaje z siebie te dźwięki, które zawsze powodują u mnie atak paniki. Myślę…. jest czwartek, dziś musi iść do szkoły. Steryd mam, acodin mam. Alergia w pysk od rana dostała.

Tata jak obiecał, tak dzieci do szkoły zawiózł. W drodze do pracy i w pracy myślę co zrobić z Córką. Może zakopać w ogródku, może komu podrzucić. Sms od wychowawczyni: Maja jest apatyczna i źle się czuje. Myślę – skoro apetyczna, to ją zjedzcie. Problem z głowy. Dzwonię do babci. Mamuu jak tatuś dziś pracuje, może by…

Słyszę hlip hlip w słuchawce… Mamuś, co się dzieje? płaczesz?

Tak, boli. Lekarze nie chcą pomóc, odsyłają od jednego do drugiego. Usg wyznaczyli dopiero na grudzień a mnie boli i puchnie. Podobno pacjent po operacji nie jest już pacjentem na szybkiej ścieżce i nikt nie chce pomóc.

Kurwa!! Otwieram net, szukam nr do Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Pani słucha cierpliwie i udziela mi pełnej i rzeczowej informacji. Dzwonię do Mamci: musisz jechać do tego lekarza i powiedzieć żeby zmienił skierowanie na pilne. Bydgoszcz zrobi to usg szybciej niż Włocławek. Ubieraj się, zawiozę Cię do przychodni.

Po godzinie mamcia gotowa, udaje się zmienić termin usg i od razu termin wizyty u lekarza. Temat traktowania pacjenta onkologicznego w Polsce nadaje się do publikacji w prasie. W Polsce nie ma pacjenta. Jest kolejny numer, kolejny wycięty guz, statystyka.

Przy akcji „onkolog” tracę sporo energii. Wracam do pracy i nagle pojawia się on – KLIENT PAN.

 ………………………………………………….

Uwierzcie, że kawy już nie potrzebowałam.

Marzyłam żeby odpocząć i dokończyć zaczęty kilka dni temu tekst na temat z serii „poważne”.

Ale chyba nie bardzo miałam podejście do tematu i zaczęłam skrobać to, co teraz czytacie. Pisałam gdy nagle z kuchni dobiegło mnie: „Agaaaaaa, pomocy!!!!!!”

Szybko poleciałam do kuchni… Moja oaza spokoju trzymała w ręku balon z cytrynówką domowej roboty… Niestety balon był pęknięty a na blacie i na podłodze  rozlane było około 2,5 litra tego dobra… Wena poszła w Pireneje, kuchnię trzeba było doprowadzić do stanu używalności.

Idę spać bo nie daj Boże stanie się coś jeszcze…

Cholera, boję się położyć na łóżku… zarwie się – nie zarwie.

Dobranoc.

 

 

 

Nasza rodzina oczami Maszy…

Hejka, ostatnio czytaliście jak „strasznie” żyje się ze mną pod jednym dachem. Szkoda, że pańcia nie wspomniała, jak czasami trudno z nią wytrzymać. Ona nie wspomniała ale ja Wam chętnie opowiem jak wygląda psiejskie życie w Wampirzowie.

Trafiłam do Wampirzej rodziny gdy byłam małą, ośmiotygodniową kulką. Każdy chciał się ze mną bawić, dzieci nosiły mnie na rękach a ja bezkarnie podgryzałam nogawki i gryzłam ręce ludzi a oni krzyczeli – dziś wiem, że z bólu. Pańcia mnie tuliła i mówiła do mnie pieszczotliwie – to był czas gdy wybaczała mi niemal wszystko choć były chwile, że przeze mnie płakała (mówiła że z bezsilności bo tego czorta – czyli mnie, nie da się wychować).

Pańciu od początku pokazał, że jest najważniejszy i jego słuchałam bo głos miał srogi – jak coś kazał, to nie było zmiłuj. Nawet moje brązowe oczęta nie robiły na nim wrażenia. Nie pozwalał wchodzić na kanapę i łóżko – ale spał ze mną na podłodze gdy płakałam w nocy za ciepłym futrem mamy. I to on pokazał mi pierwszy, że lodówka jest najfajniejszym meblem w domu. Stamtąd pańciu czasami daje mi smakołyki. Pańcia wtedy krzyczy na niego bo podobno nie wszystko jest dla mnie zdrowe. Ciekawe, że sami to jedzą a psu może zaszkodzić.

Gdy trafiłam do mojego domu, od razu pańcia zapisała mnie do szkoły. Jak tylko „złapałam” odporność, zaprowadziła mnie na smyczy na takie duże pole. Były tam też inne psie dzieci. Było fajnie – skakałam, przechodziłam przez tunel, biegałam i dostawałam za to nagrody w postaci pysznych smaczków. Zdałam do następnej klasy – ale tu już nie było tak kolorowo. Nie wolno było już zaczepiać innych piesów. Musiałam chodzić na smyczy przy nodze, przychodzić na zawołanie. Pańcia najbardziej cieszyła się gdy patrzyłam jej w oczy i nie rzucałam się na smaczki, które trzymała w ręku.

Zaskakujące jest to, jak bardzo człowiek się cieszy gdy robi z nas wariata. Siad, leż, biegaj – komendy, które my wykonujemy by ludzi zadowolić. O ile „biegaj” bardzo mi się podoba, o tyle „do mnie” i „nie wolno” oraz „podłoga” – czasami nie docierają do mnie (głuchnę normalnie). Nie oszukujmy się – to zakazy i nakazy, a który nastolatek to lubi??!!

Zimą pańcia doszła do wniosku, że mam za dużo energii i nie daje sobie ze mną rady. Poszłyśmy na kolejne szkolenie. Wymyśliła sobie, że będę nosem szukać herbaty w pojemnikach. Znów cieszyła się jak głupi do sera gdy udało mi się znaleźć właściwy pojemnik. Ludzie są jednak dziwni…

Ja jednak przyznam szczerze, że wolę pływać. Takie nurkowanie albo przynoszenie zabawek, które pańcia rzuca do jeziora. Ech – woda to jest moje życie. Chyba w poprzednim wcieleniu byłam łabędziem – albo karpiem jakimś.

Mam nawet przyjaciela wodnego. Mieszka w oczku przy domu. To Wiking – taka łaciata ryba. Zawsze gdy piję wodę, podpłynie, ja łapką poklepię tę wodę a on wystawia głowę. Pogadamy chwilkę i on znów chowa się pod liście. Czasami gdy wracam ze spaceru, daję nura do oczka – chcę poczuć się jak Wiking. Pańcia nie lubi gdy po spacerze zaliczam taką kąpiel bo musi później mnie osuszać, czyścić i czesać. Generalnie gdy zaliczę niekontrolowaną kąpiel w błocie, to pańcia się gniewa. Czasami nawet krzyczy. Jesuuuuu ile ona dziabie: że nie słucham, że łajza jestem, że brudas. Co ja poradzę, że jak widzę wodę (nawet brudną), to muszę się w niej zanurzyć.

Pańcia to dziabara i krzykacz. Jakaś taka znerwicowana wiecznie. Wciąż jej się coś nie podoba. A to, że klapki z wiatrołapu kradnę, a to że robię dziury w kompletach pościelowych, a to że skarpetę świsnę. Do niedawna kopałam dołki w ogrodzie ale za to pańciu na mnie też krzyczał to przestałam.

Wiecie jak fajnie jest uciekać z kradzionym klapkiem do ogrodu? Pańcia biegnie za mną, coś krzyczy, ja się chowam w krzakach. Ileż ona już razy czołgała się za mną pod krzakami żeby swoje buty odzyskać. Cyrk – mówię Wam.

Lubię chodzić na długie spacery. Robimy z pańcią 5 km wędrując przez pola. Ganiam sarenki i zające. Spotykamy różnych fajnych ludzi, którzy czasami chcą mnie dotknąć a czasami boją się mnie mimo, że pańcia mówi, że ja tylko tak groźnie wyglądam. Chodzimy kąpać się w rzece albo w jeziorze.

Mam też dwoje mniejszych pańciów. Uwielbiam moje dzieci. Gramy razem w piłkę albo w chowanego. Czasami w berka – najczęściej wtedy gdy uda mi się świsnąć im jakąś zabawkę. Lubimy leżeć na podłodze albo na dużym łóżku w sypialni pańciów i tulić się do siebie. Ja daję im moje ciepełko a oni miziają mnie po brzuszku i pod brodą. Czasami podzielą się ze mną chrupkami, paluszkami albo kabanosami. Lubię gdy Maja mnie szkoli. Zawsze ma w ręku pyszne nagrody. Do Wampirzątek przychodzą koledzy i koleżanki. Bawię się z nimi lalkami albo klockami lego. Nie wiem dlaczego piszczą i krzyczą bo śmiechu jest przy tym co niemiara.

A gdy dzieci idą spać, pańciu siada na kanapie, ja obok niego i oglądamy tv. Lubię być blisko niego bo zawsze wtedy znajduje czas żeby mnie trochę potarmosić, powygłupiać się i pobawić w zapasy. Pańciu ma dużo siły więc pozwala mi na taką zabawę. Nie wolno mi bawić się tak z pańcią i dziećmi. Podobno jestem za duża i za silna.

Wieczorem gdy bardzo się zmęczę, idę do sypialni pańciostwa i kładę się koło łóżka. Gdy mam złe sny i piszczę, pańcia głaska mnie przez sen po głowie i zasypiam. Już nie budzę się o 5.00 rano. Teraz lubię pospać dłużej, za co pańcia jest mi wdzięczna – zwłaszcza w weekendy.

Nie opowiedziałam Wam jeszcze o wakacjach, na które zabrali mnie moi kochani ludzie. Ale to osobny temat. Na pewno opowiem o tym, jak moja rodzina ogarnęła ten temat.

List do mamy…

 

Maminko!

Gdy w czerwcu dowiedziałam się, że masz guza w piersi pomyślałam, że to nic groźnego. Zawsze mammograf wykazywał u Ciebie torbiele czy zrosty. Kiedyś lekarz Ci powiedział, że taką masz budowę tkanek i nie trzeba się martwić. Myślałam, że tym razem to też fałszywy alarm. Pojechałyśmy razem na wakacje – już wtedy było wiadomo, że to nie torbiele. Bardzo cieszyłam się, że możemy być razem, że mogę Cię przytulać, napić się żołądkówki i zwyczajnie z Tobą być. Po powrocie czekała Cię cała seria badań. Między innymi  stwierdzające, że to, co siedzi w Twojej piersi to raczysko złośliwe i szybko trzeba się tego pozbyć. Guz rósł a te wszystkie procedury i badania trwały tak długo. W tv mówią, że pacjenci onkologiczni traktowani są wyjątkowo i od chwili wykrycia nowotworu szybko trafiają na stół operacyjny. A u Ciebie to trwało i trwało. Jak dla mnie – za długo. Przecież tu liczy się czas. Dobrze wiemy obie, jak szybko ten gnojek się rozprzestrzenia. Przez 5 lat patrzyłyśmy na mamę Hanię, która walczyła z tym bydlakiem dzielnie. U niej choroba przyszła nagle i w ciągu 2 miesięcy zrobiła totalny rozpieprz w organizmie atakując z różnych stron. Tak, tu liczy się czas.

Czekałam gdy wyznaczą Ci termin operacji a gdy nadszedł ten dzień, bałam się jak cholera. Wiedziałaś, że się boję i podrzuciłaś mi pomysł wizyty u psychologa w Klinice, który zajmuje się rodzinami pacjentów onkologicznych.

Wiesz, co w Tobie uwielbiam? Twój humor w sytuacjach stresowych. Wiem, że się bałaś a mimo to, w dzień przed operacją tryskałaś humorem, zarażałaś śmiechem inne pacjentki i to Ty odstresowywałaś nas a nie my Ciebie. No a po operacji? Twoje marzenia o kawie i rożkach ze spirytusem od Sowy, po które Tatuś leciał do cukierni żebyś mogła następnego dnia zjeść. I Twoja mina, gdy okazało się, że na terenie Centrum Onkologicznego nie ma tych ze spirytusem. Twoje żarciki gdy budziłaś się między kroplówkami i na pytanie, co byś zjadła po powrocie do domu, odpowiedź że sushi zięciulka… Taką Cię uwielbiam.

Teraz jesteś już w domku. Czekamy na wyniki histopatologiczne. Czekamy na to, co czeka nas teraz. Nas – bo będziemy przechodzić przez dalsze leczenie z Tobą. Wiedz, że nie będziesz sama. Będziemy znosić Twoje humorki, będziemy dbać o Twoją dietę i wspólnie damy kopniaka temu skurwielowi…

Kochamy Cię Maminko.

A teraz kilka słów do Was dziewczyny i chłopaki.

Przed nami październik – różowy miesiąc, miesiąc walki z rakiem piersi. Co roku o tej porze umawiam się na wizytę u mojego gina i robię cytologię, usg narządów rodnych, usg piersi. To podstawa. W tym roku zamiast kupić nową bluzeczkę, wydam kasę na mammograf. Znalazłam się w grupie ryzyka. Ja i moja córka. Zorientujcie się czy w Waszej rodzinie babcia, siostra rodziców, mama chorowały na raka piersi czy raka jajników. Jeśli tak, to zwróćcie uwagę na siebie, na Wasze zdrowie, na Wasze córki. Badajcie się częściej niż raz w roku. Raczysko przychodzi szybko i czasami nie pokazuje, że jest. Dopiero gdy rozgości się w naszym ciele, pokazuje szczypce ale wtedy może być już za późno.

Wiem, że wizyta u ginekologa nie jest przyjemna. Też wolę wizytę u dentysty ale laski – macie mężów, dzieci i innych bliskich dla których musicie żyć, być silne i zdrowe.  Chłopaki – Wy młodzi i Wy trochę starsi – pilnujcie swoich dziewczyn, to Wy pytajcie kiedy były ostatni raz u lekarza i robiły badania. One – gdy Wy jesteście chorzy, leżycie z gorączką i morderczym katarem w wyrze – podają Wam lekarstwa i siłą zaciągają do przychodni. To one podsuwają Wam ulotki o badaniu prostaty. Mężczyźni, zapytajcie swoje kobiety kiedy ostatnio się badały, czy znalazły na to czas w ostatnim roku. Jeśli nie pamiętają kiedy się badały – zaznaczcie w kalendarzu, że mają iść w październiku do lekarza, zrobić badania krwi, usg piersi i usg narządów. Drążcie temat, bądźcie upierdliwi. Dbajcie o swoje kobiety, kobiety dbajcie o siebie.

Czy na pewno chcesz mieć berneńczyka??

To jest Masza – Masza Jak z Obrazka. Po śmierci Umy Czar Wiosny (tu o niej), Masza jest spełnieniem marzeń moich i Córki o kolejnym berneńczyku.

Wiem, że czytają mnie miłośnicy bernów ale są też osoby, które o rasie Berneński Pies Pasterski (BPP) wiedzą niewiele. Charakter – według hodowców i osób zakochanych w bernach, BPP ma najlepszy na świecie. Łagodny, kochający dzieci, przywiązany do swojej rodziny ale również uwielbiający obcych (pod warunkiem, że pańciostwo tych obcych wpuszcza do domu). Oczywiście jako osoba bernolnięta, zgadzam się z tym zdaniem w 100% . Jednak – i tu narażę się pewnie bernolniętym bez poczucia humoru – BPP to nie tylko cukiereczek. Jeśli przyjdzie Ci kiedyś do głowy kupić bernusia, musisz wiedzieć o kilku sprawach.

Zapomnij o czystej podłodze. Zwłaszcza jeśli masz ogród, oczko wodne, drogę glinianą, ze szlaki albo innego nie-asfaltu, chodzisz na spacery w miejsca, w których występują kałuże, cieki wodne lub cokolwiek w czym bern może się wykąpać, wytarzać albo zwyczajnie położyć. Potrzebny Ci będzie dobry odkurzacz (najlepiej dwa żeby jeden był zawsze w zasięgu ręki), porządny mop i trzy zmienne nakładki na mopa. Ściany pomaluj zmywalną farbą (najlepiej olejną) bo po jednym spacerze w deszczu, kąpieli w glinie, ogon będzie jak pędzel. Jednym machnięciem będziesz mieć nowy wystrój – preferowane kolory ziemi. Kup kilka chłonnych ręczników i zrób na nie szafkę blisko wejścia do domu. Leżące na podłodze nie wyglądają dobrze – przypadkowi goście mogą pomyśleć, że weszli do meliny lub domu bałaganiarzy.

Kup neutralizator zapachów. Nawet jeśli raz na dwa miesiące odwiedzisz psiego fryzjera wiedz, że po kilku spacerach wiosną, latem i jesienią, pies będzie śmierdział jak bezdomny na dworcu. Bern ma długi i gęsty włos i zostaje w nim zaschnięta glina, końskie łajno, którym właśnie sąsiad nawiózł pole, rzęsa wodna itp.

Jeśli kupisz BPP wiedz, że od tej pory nigdy nie załatwisz się, nie wykąpiesz, nie umyjesz zębów w samotności. W zasadzie nigdy już nie będziesz sam. Masz dzieci? Więc wiesz, co mówię. Od tej pory nie tylko dziecko będzie przeszkadzało Ci w podtarciu tyłka. Myślisz – przecież można zamknąć drzwi. Taaaa spróbuj. Podkop w kafelkach, wydrapana dziura w drzwiach, piszczenie, szczek tego upierda tak głośny, że słyszą sąsiedzi na końcu ulicy…. Ja nie ryzykuję. Obudzenie dzieci godzinę przed budzikiem to byłby sadyzm.

Mężczyzno – nigdy nie zostawisz już skarpet przy nodze stołu. Kobieto – będziesz pilnować swojej bielizny. Jeśli zaryzykujesz, będziesz ganiać psa, skarpetę czy inną bieliznę a latem gdy otwarty taras, będziesz uprawiać czołganie w tujach po ziemi.

Pies potrzebuje od 12 do 15 godzin snu… Może w środku tygodnia bo w weekend i w dni gdy pańciostwo jest w domu nie zasypia nawet na chwilę. Pilnuje lodówki, przejścia w kuchni, pańci i pańcia gdy gotuje. Pilnuje smyczy bo wie, że jak pańcia w domu to będzie długi spacer nad rzekę albo nad jezioro, będzie wariactwo. Kiedyś założę Maszy krokomierz. Wiedz, że BPP będzie z Tobą sprzątać, rozwieszać pranie, kosić trawę, prasować i pleć chwasty.

Jeśli już jesteśmy w Twoim ogrodzie… Miałeś ogród marzeń? No to będziesz miał ogród wrażeń. Jeśli musisz pleć (pielić 😉 ), to masz dwa wyjścia. Albo będziesz to robić przy psie albo zamkniesz psa w domu. Jeśli wybierzesz obecność psa wiedz, że będziesz mieć cudownego pomocnika. Będzie wykopywał cebulki, które właśnie zakopałeś. Będzie wykopywał marchewki, które powinny być jeszcze w ziemi. Będzie rozplanowywał Twój ogród warzywny. W tym roku Masza postanowiła uzupełnić warzywnik o rzodkiewkę. Porwała nasiona w opakowaniu ze stołu, rozerwała opakowanie i wysiała. Gdy już wyrosły, sama je wykopała i zjadła. Wysiana marchewka wyrosła w miejscu pietruszki a pietruszka nie wyrosła. Jeśli masz drzewa owocowe to wiedz, że owoce na dolnych gałęziach zostaną pożarte. Trawa? Jaka trawa?? Jeśli wybierzesz suczkę, która pod Twoją nieobecność przebywa w ogrodzie – będziesz miał tajemnicze kręgi – UFO będzie lądowało regularnie w Twoim ogrodzie. Chcesz mieć psa? No cóż – pożegnaj się z drzewami blisko ziemi. Susza jak cholera spowoduje, że ostaną się jeno wierzchołki.

Wakacje… Pokochasz BPP jak własne dziecko. Czy własne dziecko oddajesz do dzieciowego hotelu gdy jedziesz na wakacje? Berna też nie zostawisz. Nagle hotel w ciepłych krajach zamienisz na namiot, kamper czy domek na mazurach. Sprawdzisz w necie miejsca przyjazne dla psów a w momencie gdy Twoja rodzina opalać się będzie i taplać w morzu w 30 stopniowym upale, Ty będziesz szukać cienia, niestrzeżonej plaży i innego miejsca gdzie dobrze będziesz czuć się Ty i Twój pies. Czasami będziesz mieć dość ale świadomość, że to jest członek Twojej rodziny wywoła w Tobie takie poczucie winy, że gotów będziesz przekonać resztę rodziny, że spanie w namiocie w 8 stopniach jest zajebiste.

Seks… No cóż – tak jeszcze to robię. Wrócę do posiadania dzieci. Ci, którzy je mają robią TO gdy dzieci mocno śpią (ja też już wtedy śpię) lub gdy ktoś się zlituje i te dzieci zabierze (nawet na 2-3 godziny w dzień). Uwierzcie, że w przypadku posiadania BPP jest tak samo. Jeśli uda się sprzedać dzieci w ciągu dnia i jednocześnie wywalić psa z domu do ogrodu –  gratuluję. Ale jeśli lubicie być lizani po…. pozwólcie zostać psu w domu ;-). Wyrzucanie Maszy w porze późnonocnej grozi wydrapaniem dziury w szybie okna tarasowego lub zbudzeniem wszystkich sąsiadów wyciem pt. „błagam , pomóżcie – oni tam beze mnie zginą!!!!” Nasi sąsiedzi już wiedzą kiedy u nas jest TO. Kupcie berna – Wasi też będą Wam zazdrościć, że macie TO ;-).

Lubisz pisać smsy, czytać maile, przeglądać FB – przy BPP będzie to trudne. Będziesz mieć zajęte ręce głaskaniem, zabawą itp. Chyba, że znajdziesz patent… Ja próbuję głaskać Maszę stopą… jeszcze działa.

Nie opiszę tajemniczego znikania wędlin ze stołu, przygotowanych na niedzielne śniadanie kotletów, które zostały na stole po obiedzie i wylizywania naczyń… Jest też piach w łóżku, ślina na podłodze i inne pierdoły…

Nadal chcesz mieć berna? Super. Pamiętaj tylko żeby pochodził z hodowli zarejestrowanej w Związku Kynologicznym i sprawdź tę hodowlę milion razy. Pamiętaj, że to rasa, która lubi obecność domowników, lubi się uczyć i szybko się uczy, to rasa która lubi pomagać. Buda i kojec jest dla berna tylko ozdobą ogrodu a nie miejscem jego przebywania. Bern będzie spał przy drzwiach domu, w dołku który sam sobie wykopie a gdy jesteś w domu – będzie spał w miejscu gdzie ma całą rodzinę na oku. Dla berna liczy się człowiek. Bern oczekuje, że jest dla Ciebie równie ważny.

P.s. wiem, co myślisz człowieku, który uważa, że pies to tylko pies. Zgadnij, co ja o tym myślę :-).

 

 

aaaa psik…

Umieram. Zabija mnie katar. Zabija powoli. Zaczął wczoraj koło godziny 13.00 i nadal się pastwi. Swój proces zaczął kilkoma delikatnymi kichnięciami. Takimi wiecie – jak damy kichają. Takimi krótkimi „a psik”. Później było odrobinę gorzej. Do głośniejszego „aaaa psik” , doszła woda z nosa. Niech to szlag! Do domu wracałam już ze swędzącym kinolem, łzami w oczach i wkurwem na maksa bo nie miałam w planach choroby. Wpadłam do domu jak odrzutowiec i zaczęłam sprzątać próbując angażować resztę rodziny. Wampiry mnie olały ale Tata się zlitował. Razem zrobiliśmy totalny porządek w spiżarni a ja lekko uporządkowałam pralnię – cały czas ogarniając to, co mi leciało z nosa. Dlaczego – spytacie – tak się męczyć gdy ma się katar zamiast legnąć na kanapie i nic nie robić? Ano, dziś przyszła moja Kasia kochana pomóc mi sprzątać. Musiałam jej przygotować grunt. Tak już mam, że odgruzowuję dom dzień przed sprzątaniem.

Wtrącę kilka zdań odnośnie sprzątania. To, że lubię porządek, to chyba wiedzą wszyscy. Moim przyjacielem w chwilach nerwicy i kurwicy jest odkurzacz i mop. Depresją jednak kończy się wejście do pokojów Wampirów. Przeobrażam się wtedy w potwora i mam ochotę zjeść własne dzieci. Kiedyś jeszcze to ogarniałam, teraz już nie mam cierpliwości i bardzo chcę żeby doszło do tych małych łebków, że mają już skończone 8 lat i czas wyrobić w sobie nawyk sprzątania i poczucie, że jak jest porządek w domu, w pokoju – to jest porządek w głowie.

Do czego mi Kasia – ktoś zapyta – skoro lubię sprzątać. Do tej pory dawałam sobie radę bez pomocy. Jednak nadszedł dzień kiedy skapitulowałam. Sprzątanie zaczęło mi zajmować cały weekend. Bo sprzątanie to nie tylko kurze, podłogi i lustra. To też prasowanie, porządki w szafkach, na półkach z książkami. I tak gdy zaczynałam porządki w sobotę rano, kończyłam prasowaniem w niedzielę wieczorem. A gdzie czas dla rodziny, na spacer z psem, dla siebie… Poza tym, zauważyłam że jak przychodzi ktoś do pomocy w sprzątaniu, to ja mam więcej czasu żeby robić porządki w miejscach, które do tej pory omijałam z braku czasu. Wierzę, że dzięki pomocy Kasi, niebawem wszystko będzie na swoim miejscu, Wampiry nauczą się dbać o porządek, odkładać rzeczy na swoje miejsce a gdy nadejdzie katar, ja położę się i będę spokojnie, bez wyrzutów sumienia, umierać.

Wracam do kataru. Do wieczora miałam ataki kichania. Strzelałam jak z karabinu maszynowego – 30 kichnięć, chwila przerwy i znów 30 kichnięć. Idąc spać zaaplikowałam sobie dwa rodzaje kropli do nosa, polopirynę i skarpety na stopy. Rano wstałam z bolącym i suchym gardłem, gilami do pasa i chęcią powrotu do łóżka.

Siedzę w pracy, zużywam czwartą paczkę chusteczek. Umieram ale mimo to rozmawiam z klientami i odbieram telefony. Klienci patrząc na mnie odsuwają się na odległość 2 metrów. Jedna pani zwróciła uwagę, że nie powinnam obsługiwać ludzi w takim stanie. Oooo żeby ta pani wiedziała, że chętnie wróciłabym do domu, zawinęła w kołderkę i cichutko czekała na koniec cholery, jaką jest katar. Ale kto mi da L4 na zwykły katar? Katar to nie choroba. Katar to tylko coś, co ma uprzykrzyć życie. Nabyłam go świadomie spędzając półtorej godziny w stadninie koni bez okrycia a ciepło nie było. Znaczy mi nie było ciepło. Majuta wyciskała poty jeżdżąc konno a Wik biegał z kumplem po stadninie (w koszulce z krótkim rękawem). Najgorzej, że ja dziś muszę logistycznie ogarnąć zajęcia Wampirów i najlepiej być o jednej godzinie w dwóch miejscach – w domu i we Włocławku. Ale co to dla mnie. Ja nie dam rady? ja?? Może zapomnę o katarze i szybciej wrócę do żywych…

P.S. Kasiu , dziękuję – spadłaś mi z nieba.